Helikopter w zatoce – Część 10

To już ostat­nia część z Sza­dym. Mam nadzie­ję, że Wam się podo­ba­ło i będzie­cie chcie­li poznać tego boha­te­ra w mojej powie­ści. Dzię­ku­ję za to, że byliście!

            Wiedzia­łem gdzie miesz­kasz. Napraw­dę roz­wa­ża­łem, czy lepiej popeł­nić samo­bój­stwo, dać się zastrze­lić Tobie, czy zwa­lić na awa­rię heli­kop­te­ra. Przez tydzień cho­dzi­łem jak duch. Moja żona coś podej­rze­wa­ła, zada­wa­ła pyta­nia. Myśla­ła, że chcę wró­cić na front, że za tym wła­śnie tęsk­nie. Ale to nie było to. Co noc skra­da­łem się pod pokój mojej cór­ki goto­wy pode­rżnąć jej gar­dło. Mie­wa­łem też sny.

            Sny, w któ­rych ją mor­do­wa­łem. Potem moją żonę. Po wszyst­kim sie­dzia­łem obok ich ciał, obser­wo­wa­łem powięk­sza­ją­cą się kału­żę krwi. Nie. Nie mogłem na to pozwolić.

            Demon nie zwycięży.

            Sza­dy, Ty też nie możesz pozwo­lić mu wygrać. Kie­dy go do sie­bie wpu­ścisz, a kie­dyś wpu­ścisz, lepiej się zabij. Skończ ze swo­im życiem, zanim zabi­jesz bli­skie i waż­ne dla Cie­bie oso­by. Pamię­taj, oni są naj­waż­niej­si. Twoi bli­scy. Na zawsze zosta­niesz w ich ser­cu. Oni nigdy o Tobie nie zapomną.

            Kocham je nad życie. Zawsze kocha­łem i pew­nie dla­te­go tak szyb­ko wyba­czy­łem zdra­dę mojej żonie. Pew­nie dla­te­go tak szyb­ko poko­cha­łem jej syna z dru­gie­go małżeństwa.

            Czy to nie dziw­ne? Mia­łem w sobie demo­na, a jed­nak ten demon potra­fił kochać. Czy oso­ba, któ­ra potra­fi kochać jest złem wcie­lo­nym? Szko­da, że nie może­my o tym poroz­ma­wiać. Nie usły­szę od Cie­bie ani jed­ne­go zda­nia na temat miło­ści wśród psychopatów.

- Mówi­łem mu, powta­rza­łem tyle razy, aby stąd odszedł! – sły­szał stłu­mio­ne krzy­ki For­tu­ny. – Przy­nie­ście mi tu te piły, do jasnej cho­le­ry! Już! Kur­wa, biegiem!

Sza­dy pró­bo­wał się poru­szyć, ale każ­dy naj­mniej­szy ruch spra­wiał, że się głę­biej zapa­dał. Otwo­rzył pra­we oko. Zauwa­żył gałąź, tuż nad jego twa­rzą, mili­me­try od oka. Poczuł, że miał szczę­ście. Szczę­ście w nieszczęściu.

Do gro­bu napły­wa­ło coraz wię­cej wody. Na ple­cach czuł coś cięż­kie­go, co go przy­gnia­ta­ło do pod­ło­ża. Poru­szał pal­ca­mi u rąk. I sto­pa­mi. Miał czu­cie, czy­li nie doznał para­li­żu. A może nawet nie wie­dział, że się wykrwa­wia na śmierć i tak napraw­dę nie ruszał kończynami?

- Gdzie te liny?! Daj­cie mi te pie­przo­ne liny!!! Suchy, nie skacz tak, tyl­ko zapier­da­laj po te liny!!! – Głos For­tu­ny był dla Sza­de­go, jak zaklę­cia wróż­ki dla Kop­ciusz­ka. – Sza­dy!? Sza­dy! Żyjesz tam, Sta­ry?! Sza­dy!!! Gdzie te pie­przo­ne liny!? Tnij­cie tam! Nie! Powie­dzia­łem tam! Szady!!!

Dźwięk piły mecha­nicz­nej wdarł się przez uszy Sza­de­go i przy­pra­wił go o migre­nę. Moc­ną migre­nę. Przy­mknął oczy, sta­ra­jąc się oddy­chać jed­ną stro­ną ust. Nawet, gdy­by chciał odpo­wie­dzieć For­tu­nie najadł­by się jedy­nie gliny.

Co mu odbi­ło? Po co mu to było? Za co był goto­wy umrzeć?

Gli­na ze ścia­nek gro­bu się osu­nę­ła. Sza­dy prze­su­nął gło­wę. Chciał spoj­rzeć co się dzie­je. Drze­wo osia­dło niżej, a gałąź, któ­rą miał mili­me­try od oka, teraz zra­ni­ła go w policzek.

Pie­przo­ny pamięt­nik nie­bosz­czy­ka. Dla­cze­go musiał tra­fić aku­rat w jego ręce?

- For­tu­na! – krzyk­nął, w mię­dzy­cza­sie najadł się bło­ta. Sta­rał się je wypluć.

- Sza­dy?! Sza­dy! Ty żyjesz?!

- Prze­stań­cie! Cokol­wiek robi­cie przestańcie!

- Stój­cie! Stop! Powie­dzia­łem stop!!! – Dźwięk pił mecha­nicz­nych przy­cichł. – Prze­stań­cie ciąć. Przez te drga­nia zie­mia się osu­wa. Kur­wa! Czy to prze­sta­nie tak lać?! Sza­dy, możesz się ruszyć?!

- Nie bar­dzo! Przy­gnio­tło mnie, a to bło­to… – splu­nął. – Tu się robi, jak w base­nie, Fortuna!

- On jest z pra­wej stro­ny! – krzyk­nął do kogoś. – Jeśli wej­dzie­my z tej powin­ni­śmy móc go jakoś stam­tąd wycią­gnąć. Sza­dy?! Sza­dy, trzy­maj się, dobra?! Wycią­gnie­my cie­bie stamtąd.

Czy napraw­dę zdą­żą go wycią­gnąć? Pomy­ślał, że jest idio­tą. A odpo­wie­dzi na zada­ne sobie pyta­nie nie wymy­ślił, bo wszyst­ko ucichło.

            Jak to się sta­ło, że mój pamięt­nik stał się listem do Cie­bie? Już rozu­miem, dla­cze­go świ­ry popa­da­ją w obse­sje na punk­cie policjantów.

            My jeste­śmy czer­nią. Ty jesteś bie­lą. Pusty­nia, oce­any. Księ­życ, słoń­ce. Mrok, jasność. Stan­dar­do­we yin i yang. Przy­cią­ga­my się, uzu­peł­nia­my, nie może­my bez sie­bie żyć. Bo co byś robił, gdy­byś nie mógł łapać prze­stęp­ców? Potra­fił­byś oddy­chać, wie­dząc, że nie masz nic waż­ne­go do zro­bie­nia? Że nie masz żad­ne­go życia do ura­to­wa­nia? Że nie możesz wyce­lo­wać w prze­stęp­cę, kazać mu się zatrzymać?

            Czy bez nas Two­je życie mia­ło­by sens?

            Dedy­ku­ję ten pamięt­nik Tobie, Sza­dy. Moje krót­kie wspo­mnie­nia niech są dowo­dem na to, że to ja zabi­łem. A jeśli to wzbu­dzi wasze wąt­pli­wo­ści, to kil­ka dni temu odko­pa­łem grób mojej zmar­łej dziew­czy­ny i nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka. Obok nich zako­pa­łem wszyst­ko, co potrze­bu­je­cie do moje­go pośmiert­ne­go ska­za­nia. Nie­pod­wa­żal­ne dowo­dy. Znajdź je.

            I spraw, żebym stał się legen­dą. Chcę żyć wiecznie.

            Spraw, że na sam dźwięk moje­go nazwi­ska będą dosta­wać gęsiej skórki.

            Do zoba­cze­nia w pie­kle, Sza­dy. Będę czekał.

Zimna woda wyla­na na twarz spra­wi­ła, że się ock­nął. Prze­chy­lił się na bok, czu­jąc pio­ru­nu­ją­cy ból w ple­cach. Oddy­chał. Naj­waż­niej­sze, że oddy­chał. I ruszał noga­mi. Spraw­dził. Tak, mógł się ruszać. Ręko­ma też poru­szał. Żył.

Zabrał For­tu­nie butel­kę. Wypił całe­go żyw­ca i poło­żył się na ple­cy. Chmu­ry przy­ję­ły łagod­ny odcień bie­li. Świe­ci­ło słoń­ce. Oświe­tla­ło pole bitwy, jak­by Bóg chciał je wyraź­niej obej­rzeć. Takie Sza­dy odniósł wra­że­nie. Czuł się, jak­by sto­czył wal­kę ze złem. Z samym sobą. Musiał sobie udo­wod­nić, że się uda. Że jest nie­ustra­szo­ny. Że w imię dobra jest goto­wy poświę­cić życie.

Nie był i nie będzie złym człowiekiem.

- Jesteś cho­ry psy­chicz­nie, Sza­dy. Po pro­stu psy­cho­lem. Led­wo cie­bie wycią­gnę­li­śmy. Wiesz, jak trud­no było się dostać pod to drze­wo, aby się nie osu­nę­ło? Wiesz ile się namęczyliśmy?

Zer­k­nął na kuca­ją­ce­go For­tu­nę. Obok jego butów leża­ła czar­na skrzyn­ka brud­na od błota.

- Czy to…? – Wska­zał na nią palcem.

- Tak. Dowo­dy prze­ciw­ko puł­kow­ni­ko­wi Karo­lo­wi Fel­se­no­wi. Mamy go. I żad­ne woj­sko nam w tym nie przeszkodzi.

- Żad­ne woj­sko nam w tym nie prze­szko­dzi – powtó­rzył i zamknął oczy.

Wypeł­nił misję. Zada­nie wykonane.

 

Zaintrygował Cię Szady? 

Przeczytaj inne opowiadanie z jego udziałem!

Heli­kop­ter w zato­ce – Część 10
Tagged on:                         

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *