Przedstawiam jedno z opowiadań kryminalnych z Szadurskim. Chcę, abyście poznali mojego bohatera. Zaznajomili się z nim. To opowiadanie najprawdopodobniej otworzy mój tomik opowiadań, który planuję napisać jeszcze w tym roku.
Alicja biegła ile sił w nogach, choć brakowało jej tchu. Trenowała dla siebie i dla byłego narzeczonego, który zerwał z nią dla innej, chudszej i młodszej wersji. Obiecała sobie, że zgubi zbędne trzydzieści kilogramów, aby pokazać mu, co stracił. Niestety dopiero zaczynała, a już opadała z sił. Traciła motywację. Niełatwo jest być porzuconą kobietą.
Wiatr się zmagał. Miała wrażenie, że biegnie w miejscu, i chociaż starała się utrzymać tempo, to od dwóch minut przemierzała Kamienną Górę w Gdyni bez oczekiwanego rezultatu. Zatrzymała się i oparła o murek. Brała długie, przytrzymywane w płucach oddechy, przy okazji rozciągając mięśnie ud i łydek. Sprawdziła w Endomondo, że przebiegła cztery kilometry w pięćdziesiąt dwie minuty. I tak dobrze, jak na jej sto dwadzieścia kilogramów i drugi tydzień regularnych treningów.
Usiadła na murek i zmarzniętymi palcami rozmasowywała uda. W świetle rozgrzanych latarni widziała cellulit przechodzący przez materiał leginsów. Nie dziwiła się, że narzeczony odszedł. Przez ostatnie pół roku przybrała kolejne dwadzieścia kilogramów.
Spojrzała na czarne morze. Gdynia o czwartej rano, późną jesienią, przypominała opuszczony, ekskluzywny statek wycieczkowy, który czeka na lato, gdy znowu najedzie się stos szarańczy z grubymi portfelami. Westchnęła. Ból w okolicach żeber zelżał. Cholerna zadyszka i kolka. Może powinna zatrudnić prywatnego trenera? W końcu na brak pieniędzy nie narzekała.
Zeskoczyła z murku gotowa do dalszego biegu, gdy w małym zalesieniu przed sobą usłyszała trzask. Instynktownie popatrzyła w tamtą stronę, ale trudno jej było cokolwiek wychwycić. Zmrużyła oczy. Coś się poruszyło. Wielkiego, czarnego, na pierwszy rzut oka przypominającego niedźwiedzia. Naoglądała się za dużo horrorów, ale dzięki temu wiedziała, że stojąc w miejscu tylko prosi o śmierć. Więc wyłączyła myślenie, zapomniała o bólu i pobiegła w kierunku centrum. Tak szybko, jakby niedawne zmęczenie nigdy nie istniało.
Zbliżała się do zejścia na plażę. Już zmierzała skręcić na piasek, gdy wdepnęła w coś mokrego. Kałuża? Od dwóch dni przecież nie padało. Zbliżyła się do figury trzech ryb i wtedy nogi odmówiły posłuszeństwa. Z wypukłych oczodołów ryb coś spływało ciurkiem i kapało na marmurową podstawę. Udało jej się zrobić jeden krok do przodu. Pomiędzy dwiema rybami coś leżało. Coś niby okrągłego, ale jednak posiadającego nieregularny kształt. Co to, do diabła?
Nim zdążyła podejść usłyszała chrzęst łamanych gałęzi zbyt blisko siebie. Nie odwracała się. Po prostu uciekła.
֎֎֎
- Możesz mi wyjaśnić, dlaczego mamy dzwonić po tego… Szadurskiego?
Otyły, nieco zasiedziały mężczyzna kucnął przy rybach, starając się nie zatrzeć śladów stopami. Wiedział, że technicy przestali już dokumentować ten kawałek miejsca, ale doświadczenie mówiło mu, że mogli coś przegapić i będą chcieli wracać. Tym bardziej, że w tym roku do technicznych wstąpiło dwóch nowych, Bolek i Lolek. Tak ich nazywał ze względu na podobieństwo wyglądu.
- Bo jeżeli ktokolwiek chce się w czymś takim babrać, to tylko ten kretyn. – Wstał za szybko, aż strzeliło mu w kolanach i zakręciło się w głowie. Odchrząknął, widząc zawstydzoną minę młodszego partnera. Żeby tylko Kothe wiedział, że w jego wieku czeka go to samo. Policja jest gorsza od raka, z czasem zabija każdą komórkę ciała, a dodatkowo niszczy psychikę lepiej niż schizofrenia.
- Tylko on jest z Pucka. Gdynia to nie jego rewir. Czy naczelnik się na to zgodzi? Jesteśmy na początku śledztwa, dopiero zakończyliśmy przesłuchiwać świadka, tę grubą biegaczkę, Niemracką. Na pewno potrzebujemy pomocy?
Detektyw Dregański się roześmiał i potarł po obolałych plecach. Przestał się śmiać dopiero wtedy, gdy spojrzał na kałużę krwi i ledwo widoczne ślady odcisków butów. Alicja Niemracka chciała zmienić swoje życie, dzięki zdrowemu trybowi życia, a wpadła akurat na psychopatę, który dopełniał swojego dzieła. Dlatego Dregański nienawidził sportu. Oprócz licznych kontuzji i straty czasu przynosił ryzyko pojawienia się w złym czasie i w złym miejscu.
- Dregański? Z czego się śmiałeś? Nie widzę w tym nic śmiesznego. Chcesz ściągnąć tutaj jakiegoś policjanta z małego miasteczka i oddać mu śledztwo, chociaż obiecałeś naczelnikowi, że będziesz mnie uczył.
- Jestem za stary na szkolenie gówniarzy. – Poprawił czapkę, która zjechała mu na czoło. – Dzwoń do komendy w Pucku i ściągaj Szadurskiego. Ma tu być na wczoraj. I jak chcesz się uczyć, to obserwuj tego gnojka. Na co czekasz?! Dzwoń!
- Ale naczelnik….
- Naczelnikiem się nie przejmuj. Jak tylko usłyszy, że Szadurski będzie pracował przy tym śledztwie pójdzie zwalić sobie gruchę do kibla.
Kothe się skrzywił.
- Czego?
- Tak już się nie mówi – Kothe zmarszczył grube brwi, na których zbierały się krople deszczu. Niedobrze, zaraz przepadną im ślady.
- Zapierdalaj!
Kothe oddalił się w stronę nieoznakowanego radiowozu. Dregański ponownie przykucnął przy rybach i popatrzył na wycięte serce, które morderca pod nimi ułożył. Zdecydowanie ludzkie, tego nie da się z niczym pomylić. Tylko czemu techniczni jeszcze tego stąd nie zabrali?
Uniósł wzrok. Rybie łzy przypominały smołę. Tak czarną, jak dusza gliniarza, którego chciał ściągnąć. Bo Dregański wiedział, że tylko psychopata z odznaką będzie w stanie złapać psychopatę wycinającego i podrzucającego serce w miejsce publiczne.
֎֎֎
Kothe stał z założonymi rękoma na klatce piersiowej za plecami Dregańskiego. Ten wysoki, łysawy policjant z brodą przypominający taliba bez turbanu już na wstępnie go wkurzył. Zadawał pytania, jakby miał do czynienia z amatorami. Czy przesłuchano świadka? Sporządzono rysopis podejrzanego? Jak szybko zamknięto miejsce zbrodni? Jaki obszar przeszukano? Czy sprawdzono monitoring? Kothe prychnął pod nosem i speszył się, gdy zrozumiał, że ten Szadurski się w niego wpatruje. Miał wrażenie, że przeszukuje mu myśli, więc uciekł wzrokiem i przeprosił pod nosem, za co oberwał z łokcia od starego i leniwego Dregańskiego. Gruby palant.
- Reszta ciała ofiary jest blisko – Szadurski wstał z klęczek i zaczął rozglądać się po okolicy. Częściej spoglądał na morze, jakby ciało nieboszczyka mogło mu machać wśród tych wzburzonych fal. Kothe uśmiechnął się, gdy Szadurski, pewnie nieświadomie, poprawił kurtkę i zasłonił broń w kaburze na pasku.
- Przeszukaliśmy najbliższe dwa kilometry w każdym kierunku – powiedział z uśmiechem Kothe. Już się cieszył, że popsuł teorię Szadurskiego. – Niczego nie znaleźliśmy, więc raczej ciała ofiary tutaj nie ma.
Szadurski westchnął i rzucił mu spojrzenie z ukosa. Coś w jego oczach sprawiło, że Kothemu przeszły ciarki po plecach. Uśmiechnął się na siłę. Nie da się zastraszyć jakiemuś gliniarzowi z zadupia, który zresztą był niewiele starszy od niego. Ile mógł mieć lat? Trzydzieści? Kothe nie sądził, aby dzieliła ich spora różnica w doświadczeniu. Może w budowie ciała owszem, ale w tej rozgrywce dla Kothego liczył się umysł. Dregański najwidoczniej szukał sposobu na pozbycie się problemu z głowy. Przed emeryturą chciałby tylko siedzieć i wpieprzać hot dogi z budki przy dworcu kolejowym.
- Świadek potrafił wskazać miejsce, gdzie pierwszy raz usłyszał łamanie gałęzi?
Dregański kiwnął głową i już chciał dać krok, gdy Kothe go wyprzedził. Jeśli ten Szadurski był dobry, to on będzie lepszy. Poszedł przodem zadowolony, że dwójka głupków szła za nim. Może za kilka lat uda mu się zdobyć stołek komendanta? Kto wie, w końcu w policji brakuje zdolnych ludzi na wysokich stanowiskach.
- Kothe, uważaj idioto! – Techniczny w fartuchu i aparatem przy twarzy wysunął w jego stronę rękę. Zawrzała w nim złość. Ci techniczni nigdy nie zważają na słowa i myślą, że mogą wszystko.
Dopiero po chwili zrozumiał, że wdepnął w kałużę krwi. Niewiele, ale jednak prawa strona podeszwy się w niej zamoczyła. Zmrużył oczy i zmarszczył czoło, po czym spojrzał na Szadurskiego. Jego wyraz twarzy się nie zmienił. Wciąż był poważny i spokojny. Za to Dregański zacisnął mocno szczęki.
- Co ci mówiłem żółtodziobie? – spytał siwy grubas w przetartej puchowej kurtce. – Masz uważać gdzie stąpasz!
- Dregański – wtrącił się Szadurski. – Jesteśmy obserwowani przez medialne psy, więc nie rób afery – ruszył. – Chodźmy. Techniczni i tak nic nie znajdą. Łzawy jest za dokładny, aby zostawić ślady na miejscu zbrodni.
- Łzawy? – spytał Kothe, jakby oberwał obuchem w łeb. Na szkółce policyjnej przestrzegano go przed wymyślaniem ksyw dla psychopatów i morderców. Twierdzili, że to robota ludzi o niższej inteligencji, czyli dziennikarzy. Poszedł za nimi, pozostawiając za sobą ślady butów.
- Łzawy ma charakterystyczne MO, ale w tym przypadku nie udało mu się dokończyć dzieła. Nasza biegaczka mu przeszkodziła. Zawsze wybiera miejsca publiczne, w których stoi posąg z oczami, pozoruje mu łzy i podkłada serce ofiary. Oprócz kałuży krwi w pobliżu pozostawia też ciało – wskazał palcem na drzewa, Dregański kiwnął mu głową i Szadurski wszedł na trawnik. – To się nie zmieniło i w tym przypadku. Oprócz tego Łzawy maluje krwią łzę obok wyciętego serca. Tej tutaj nie znalazłem, a starałem się być skrupulatny. Możliwe, że się przestraszył i uciekł.
Weszli w zalesiony teren i zaczęli piąć się na zbocze.
- Skoro tak, to możliwe, że zabrał ciało ze sobą – Kothe znów czuł, że rośnie z dumy. Przystanął. – No i mógł popełnić też inny błąd, który wykryją techniczni.
Szadurski zatrzymał się przy skupisku drzew. Patrzył teraz na Kothego z góry, co bardzo mu się nie spodobało. I tak wystarczyło, że bez wzgórza dzieliła ich wysokość co najmniej dwudziestu centymetrów.
- Alicja Niemracka zeznała, że widziała coś podobnego do niedźwiedzia. Wielkiego i czarnego.
- Murzyńską pałę – Kothe się zaśmiał z własnego żartu, ale szybko spoważniał, gdy Dregański pokręcił głową. Szadurski wciąż był poważny i skupiony.
- Jej opis Łzawego zgadza się z naszym urywkiem nagrania z kamer, który zdołał go uchwycić, gdy ten uciekał z innego miejsca zbrodni. Podejrzewamy, że Łzawy ubiera się w strój niedźwiedzia, który nie dość, że chroni jego tożsamość, to jeszcze chroni go przed zostawieniem śladów. Nawet jeśli w coś wdepnie, to pozostawi po sobie ślad łapy niedźwiedzia. Tak samo, jak zostawi kawałek stroju, który nie pozostawia DNA. Faktycznie pomoże nam to, jeśli znajdziemy kawałek sierści, a później znajdziemy podejrzanego i to porównamy. Jednak jest to mało prawdopodobne, Łzawy nie popełnia takich błędów. Popełnił już trzy morderstwa i wciąż nic nie mam. To dopiero pierwszy raz, gdy udało nam się znaleźć świadka.
Kothe już rozumiał czemu Dregański wezwał Szadurskiego. Był jego seryjnym, co w Polsce zdarza się bardzo rzadko. Psychopaci, którzy mordują z premedytacją i bawią się w kotka i myszkę z policjantami to rzeczywistość Hollywoodu. Czemu musiało się to przytrafić akurat temu wieśniakowi Szadurskiemu?
- Wezwijcie technicznych. Niech zbadają to miejsce.
Kothe wysunął rękę, by zatrzymać Szadurskiego.
- Nie rozumiem. Przecież tutaj nic nie ma.
Szadurski się nie odezwał. Najpierw wskazał palcem na drzewo przy Kothe, a dokładniej na jedną złamaną gałąź, która zwisała i dyndała na wietrze. A dopiero potem wskazał palcem w górę. Kothe pobłądził wzrokiem i poczuł wściekłość. Do grubej gałęzi, pięć metrów nad ziemią, przywiązano ciało. Ubrane na czarno, prawie niewidoczne. Tylko ślepia pokryte bielmem wyróżniały się w szarościach iglaków.
֎֎֎
Kothe odchrząknął i przemieszał łyżką gorącą herbatę. Kostki cukru szybko się w niej rozpuściły. Chciał upić łyk, ale zauważył, że Szadurski nie ruszył się od ich przyjścia. Siedział na kanapie obok niego, z rękoma złożonymi przed sobą, oparty łokciami o uda. Z przekrzywioną głową obserwował Alicję Niemrawską. Ciekawiło Kothego, co siedziało w umyśle tego policjanta. Dopiero potem zrozumiał, że bardziej skupia się na nim, niż na śledztwie.
- Przepraszam – Alicja przetarła nos zużytą chusteczką. – Nie jestem przyzwyczajona do oglądania takich rzeczy. Jestem prostą dziewczyną. Czemu mnie to spotkało?
- Po pierwsze radziłbym zacząć biegać o normalnych porach. – Na odpowiedź Szadurskiego Alicja otworzyła szerzej oczy. – Bieganie samotnie koło czwartej w opuszczonych miejscach nie jest bezpieczne.
- Sugeruje pan, że sama się o to prosiłam?
Szadurski zmrużył oczy i wtedy Kothe poczuł, że musi coś wtrącić, aby załagodzić sytuację.
- Mój partner chciał powiedzieć, że powinna pani na siebie bardziej uważać. – Wziął filiżankę do ręki. – Świat jest bardzo niebezpieczny, szczególnie dla pięknych i samotnych kobiet.
- Tak, rozumiem. – Sięgnęła po kolejną chusteczkę z kartonika. – Tylko niełatwo jest mi biegać wśród ludzi. Mam wrażenie, że wszyscy się patrzą. No wiecie… – Pomachała przed sobą ręką. – Sapiący wieloryb w leginsach przyciąga wzrok.
- Lepiej być sapiącym wielorybem w leginsach, niż być martwą. – Szadurski nie zmienił pozycji, a Kothe zrozumiał, że ten złamas prosi się o strzał w twarz.
- Czy możemy porozmawiać o śledztwie? – wydusił Kothe na bezdechu, po czym upił łyk herbaty. Gorąca, poparzyła go w podniebienie. Syknął, ale nawet to nie rozdzieliło spojrzeń Alicji i Szadurskiego. Co za idiota.
- Zeznała pani, że od pięciu dni biega pani tą samą trasą. Czy to prawda? – spytał Szadurski.
Alicja skinęła głową. Kothe zauważył, że stał się dla niej niewidzialny.
- Czy biega pani o regularnych porach?
- Oczywiście. Jestem zdania, że najwięcej osiągnie się dzięki regularności. Szybciej wchodzi to w krew, rozumie pan? Jeżeli chce się coś osiągnąć trzeba skrupulatnie trzymać się planu.
- I ani razu nie zmieniła pani planu? Nie wyszła dziesięć minut później z domu? Nie zmieniła trasy?
- Nie. Staram się trzymać swoich postanowień, a że to dopiero drugi tydzień, to jest łatwo. Może po miesiącu zaczęłabym coś zmieniać. Jestem bardzo zorganizowaną osobą.
Widać, chciał wtrącić Kothe, ale zamiast tego poprawił się na skórzanej kanapie. Zatrzeszczała pod jego pośladkami i wtedy Alicja na niego spojrzała. Raz, na bardzo krótką chwilę i powróciła wzrokiem na Szadurskiego. Kothe podrapał się w kark. Powinien coś powiedzieć, aby zdobyć w jej oczach. Czuł się, jak sprzedawca z plakietką „Uczę się”.
Potem rozejrzał się dokładniej po mieszkaniu. Wyglądało na wyciągnięte z katalogu ikei, dopiero co udekorowane w stylu skandynawskim.
- Dobrze, sprawdzimy to na monitoringu. – Szady przerwał ciszę po kilku sekundach, jakby celowo przytrzymał Alicję.
Kothe przejechał językiem po zębach i przyjrzał się dziewczynie. Wyglądała na zaskoczoną i zbitą z tropu. Zresztą Kothe też się zdziwił, bo na Kamiennej Górze nie zainstalowano monitoringu. Przynajmniej on o tym nie wiedział.
- Monitoringu? – zadając to pytanie pobladła. – Dlaczego chce mnie pan śledzić?
Szadurski się uśmiechnął.
- Zeznała pani, że biega dla siebie, aby schudnąć po zerwaniu. Jak nazywał się pani były narzeczony? – zmienił temat.
- Marek Kowalczyk – przełknęła ciężko ślinę. – Podejrzewacie, że mógł to zrobić?
Kothe nie wiedział, czy powinien wyjąć notatnik i notować, bo Szadurski zdobywał nowe informacje, które mogłyby im się przydać. Marek Kowalczyk. Postara się zapamiętać.
- Co może mi pani o nim powiedzieć? Ale proszę skupiać się na cechach charakteru. Była z nim pani osiem lat.
- Oczywiście. – Sięgnęła po szklankę z wodą, ale się nie napiła. – Marek jest bardzo zaborczy, ale i leniwy. Często kłóciliśmy się o jego ambicje. Brakowało mu chęci do pracy, stwierdzał, że zarabiam wystarczająco, więc może pozwolić sobie na częste zmiany pracy, albo siedzenie miesiącami w domu. Po naszym zerwaniu przez miesiąc mieszkał u matki. Rozumiecie? Stary facet wraca do matki. Marek jest typem człowieka, za którego trzeba wszystko robić i podawać mu na tacy. Kochałam go, wciąż go kocham, bo mimo tych wad potrafił mnie zaskoczyć i o mnie zadbać. Robił mi masaże… A w łóżku?
- Dziękujemy – Szadurski wstał. – To wszystko. Bardzo mi pani pomogła. Jak będziemy mieli więcej pytań, to się odezwiemy.
Pożegnanie trwało pięć sekund. W samochodzie, podczas zapinania pasów Kothe wciąż miał przed oczami zaskoczoną minę Alicji. Najwidoczniej chciała coś dopowiedzieć, ale Szadurski jej nie pozwolił. Co to miało być? Czego chciał od niej Szadurski? I o jakim monitoringu mowa?



Świetne i z poczuciem humoru. Kiedy ten tomik? 🙂
Szczerze to planuję na koniec roku zacząć walczyć o wydanie, ale może coś uda mi się wcześniej :). Na razie walczę o opowiadania 🙂
A ebook? Bo jak na razie żadna książka nie ma ebooka. Ludzie czytaja ebooki. To nie fair.