Rybie łzy – opowiadanie cz.1

Przed­sta­wiam jed­no z opo­wia­dań kry­mi­nal­nych z Sza­dur­skim. Chcę, aby­ście pozna­li moje­go boha­te­ra. Zazna­jo­mi­li się z nim. To opo­wia­da­nie naj­praw­do­po­dob­niej otwo­rzy mój tomik opo­wia­dań, któ­ry pla­nu­ję napi­sać jesz­cze w tym roku.

 

Ali­cja bie­gła ile sił w nogach, choć bra­ko­wa­ło jej tchu. Tre­no­wa­ła dla sie­bie i dla byłe­go narze­czo­ne­go, któ­ry zerwał z nią dla innej, chud­szej i młod­szej wer­sji. Obie­ca­ła sobie, że zgu­bi zbęd­ne trzy­dzie­ści kilo­gra­mów, aby poka­zać mu, co stra­cił. Nie­ste­ty dopie­ro zaczy­na­ła, a już opa­da­ła z sił. Tra­ci­ła moty­wa­cję. Nie­ła­two jest być porzu­co­ną kobie­tą.

Wiatr się zma­gał. Mia­ła wra­że­nie, że bie­gnie w miej­scu, i cho­ciaż sta­ra­ła się utrzy­mać tem­po, to od dwóch minut prze­mie­rza­ła Kamien­ną Górę w Gdy­ni bez ocze­ki­wa­ne­go rezul­ta­tu. Zatrzy­ma­ła się i opar­ła o murek. Bra­ła dłu­gie, przy­trzy­my­wa­ne w płu­cach odde­chy, przy oka­zji roz­cią­ga­jąc mię­śnie ud i łydek. Spraw­dzi­ła w Endo­mon­do, że prze­bie­gła czte­ry kilo­me­try w pięć­dzie­siąt dwie minu­ty. I tak dobrze, jak na jej sto dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów i dru­gi tydzień regu­lar­nych tre­nin­gów.

Usia­dła na murek i zmar­z­nię­ty­mi pal­ca­mi roz­ma­so­wy­wa­ła uda. W świe­tle roz­grza­nych latar­ni widzia­ła cel­lu­lit prze­cho­dzą­cy przez mate­riał legin­sów. Nie dzi­wi­ła się, że narze­czo­ny odszedł. Przez ostat­nie pół roku przy­bra­ła kolej­ne dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów.

Spoj­rza­ła na czar­ne morze. Gdy­nia o czwar­tej rano, póź­ną jesie­nią, przy­po­mi­na­ła opusz­czo­ny, eks­klu­zyw­ny sta­tek wyciecz­ko­wy, któ­ry cze­ka na lato, gdy zno­wu naje­dzie się stos sza­rań­czy z gru­by­mi port­fe­la­mi. Wes­tchnę­ła. Ból w oko­li­cach żeber zelżał. Cho­ler­na zadysz­ka i kol­ka. Może powin­na zatrud­nić pry­wat­ne­go tre­ne­ra? W koń­cu na brak pie­nię­dzy nie narze­ka­ła.

Zesko­czy­ła z mur­ku goto­wa do dal­sze­go bie­gu, gdy w małym zale­sie­niu przed sobą usły­sza­ła trzask. Instynk­tow­nie popa­trzy­ła w tam­tą stro­nę, ale trud­no jej było cokol­wiek wychwy­cić. Zmru­ży­ła oczy. Coś się poru­szy­ło. Wiel­kie­go, czar­ne­go, na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na­ją­ce­go niedź­wie­dzia. Naoglą­da­ła się za dużo hor­ro­rów, ale dzię­ki temu wie­dzia­ła, że sto­jąc w miej­scu tyl­ko pro­si o śmierć. Więc wyłą­czy­ła myśle­nie, zapo­mnia­ła o bólu i pobie­gła w kie­run­ku cen­trum. Tak szyb­ko, jak­by nie­daw­ne zmę­cze­nie nigdy nie ist­nia­ło.

Zbli­ża­ła się do zej­ścia na pla­żę. Już zmie­rza­ła skrę­cić na pia­sek, gdy wdep­nę­ła w coś mokre­go. Kału­ża? Od dwóch dni prze­cież nie pada­ło. Zbli­ży­ła się do figu­ry trzech ryb i wte­dy nogi odmó­wi­ły posłu­szeń­stwa. Z wypu­kłych oczo­do­łów ryb coś spły­wa­ło ciur­kiem i kapa­ło na mar­mu­ro­wą pod­sta­wę. Uda­ło jej się zro­bić jeden krok do przo­du. Pomię­dzy dwie­ma ryba­mi coś leża­ło. Coś niby okrą­głe­go, ale jed­nak posia­da­ją­ce­go nie­re­gu­lar­ny kształt. Co to, do dia­bła?

Nim zdą­ży­ła podejść usły­sza­ła chrzęst łama­nych gałę­zi zbyt bli­sko sie­bie. Nie odwra­ca­ła się. Po pro­stu ucie­kła.

 

֎֎֎

 

- Możesz mi wyja­śnić, dla­cze­go mamy dzwo­nić po tego… Sza­dur­skie­go?

Oty­ły, nie­co zasie­dzia­ły męż­czy­zna kuc­nął przy rybach, sta­ra­jąc się nie zatrzeć śla­dów sto­pa­mi. Wie­dział, że tech­ni­cy prze­sta­li już doku­men­to­wać ten kawa­łek miej­sca, ale doświad­cze­nie mówi­ło mu, że mogli coś prze­ga­pić i będą chcie­li wra­cać. Tym bar­dziej, że w tym roku do tech­nicz­nych wstą­pi­ło dwóch nowych, Bolek i Lolek. Tak ich nazy­wał ze wzglę­du na podo­bień­stwo wyglą­du.

- Bo jeże­li kto­kol­wiek chce się w czymś takim babrać, to tyl­ko ten kre­tyn. – Wstał za szyb­ko, aż strze­li­ło mu w kola­nach i zakrę­ci­ło się w gło­wie. Odchrząk­nął, widząc zawsty­dzo­ną minę młod­sze­go part­ne­ra. Żeby tyl­ko Kothe wie­dział, że w jego wie­ku cze­ka go to samo. Poli­cja jest gor­sza od raka, z cza­sem zabi­ja każ­dą komór­kę cia­ła, a dodat­ko­wo nisz­czy psy­chi­kę lepiej niż schi­zo­fre­nia.

- Tyl­ko on jest z Puc­ka. Gdy­nia to nie jego rewir. Czy naczel­nik się na to zgo­dzi? Jeste­śmy na począt­ku śledz­twa, dopie­ro zakoń­czy­li­śmy prze­słu­chi­wać świad­ka, tę gru­bą bie­gacz­kę, Nie­mrac­ką. Na pew­no potrze­bu­je­my pomo­cy?

Detek­tyw Dre­gań­ski się roze­śmiał i potarł po obo­la­łych ple­cach. Prze­stał się śmiać dopie­ro wte­dy, gdy spoj­rzał na kału­żę krwi i led­wo widocz­ne śla­dy odci­sków butów. Ali­cja Nie­mrac­ka chcia­ła zmie­nić swo­je życie, dzię­ki zdro­we­mu try­bo­wi życia, a wpa­dła aku­rat na psy­cho­pa­tę, któ­ry dopeł­niał swo­je­go dzie­ła. Dla­te­go Dre­gań­ski nie­na­wi­dził spor­tu. Oprócz licz­nych kon­tu­zji i stra­ty cza­su przy­no­sił ryzy­ko poja­wie­nia się w złym cza­sie i w złym miej­scu.

- Dre­gań­ski? Z cze­go się śmia­łeś? Nie widzę w tym nic śmiesz­ne­go. Chcesz ścią­gnąć tutaj jakie­goś poli­cjan­ta z małe­go mia­stecz­ka i oddać mu śledz­two, cho­ciaż obie­ca­łeś naczel­ni­ko­wi, że będziesz mnie uczył.

- Jestem za sta­ry na szko­le­nie gów­nia­rzy. – Popra­wił czap­kę, któ­ra zje­cha­ła mu na czo­ło. – Dzwoń do komen­dy w Puc­ku i ścią­gaj Sza­dur­skie­go. Ma tu być na wczo­raj. I jak chcesz się uczyć, to obser­wuj tego gnoj­ka. Na co cze­kasz?! Dzwoń!

- Ale naczel­nik….

- Naczel­ni­kiem się nie przej­muj. Jak tyl­ko usły­szy, że Sza­dur­ski będzie pra­co­wał przy tym śledz­twie pój­dzie zwa­lić sobie gru­chę do kibla.

Kothe się skrzy­wił.

- Cze­go?

- Tak już się nie mówi – Kothe zmarsz­czył gru­be brwi, na któ­rych zbie­ra­ły się kro­ple desz­czu. Nie­do­brze, zaraz prze­pad­ną im śla­dy.

- Zapier­da­laj!

Kothe odda­lił się w stro­nę nie­ozna­ko­wa­ne­go radio­wo­zu. Dre­gań­ski ponow­nie przy­kuc­nął przy rybach i popa­trzył na wycię­te ser­ce, któ­re mor­der­ca pod nimi uło­żył. Zde­cy­do­wa­nie ludz­kie, tego nie da się z niczym pomy­lić. Tyl­ko cze­mu tech­nicz­ni jesz­cze tego stąd nie zabra­li?

Uniósł wzrok. Rybie łzy przy­po­mi­na­ły smo­łę. Tak czar­ną, jak dusza gli­nia­rza, któ­re­go chciał ścią­gnąć. Bo Dre­gań­ski wie­dział, że tyl­ko psy­cho­pa­ta z odzna­ką będzie w sta­nie zła­pać psy­cho­pa­tę wyci­na­ją­ce­go i pod­rzu­ca­ją­ce­go ser­ce w miej­sce publicz­ne.

 

֎֎֎

 

Kothe stał z zało­żo­ny­mi ręko­ma na klat­ce pier­sio­wej za ple­ca­mi Dre­gań­skie­go. Ten wyso­ki, łysa­wy poli­cjant z bro­dą przy­po­mi­na­ją­cy tali­ba bez tur­ba­nu już na wstęp­nie go wku­rzył. Zada­wał pyta­nia, jak­by miał do czy­nie­nia z ama­to­ra­mi. Czy prze­słu­cha­no świad­ka? Spo­rzą­dzo­no ryso­pis podej­rza­ne­go? Jak szyb­ko zamknię­to miej­sce zbrod­ni? Jaki obszar prze­szu­ka­no? Czy spraw­dzo­no moni­to­ring? Kothe prych­nął pod nosem i spe­szył się, gdy zro­zu­miał, że ten Sza­dur­ski się w nie­go wpa­tru­je. Miał wra­że­nie, że prze­szu­ku­je mu myśli, więc uciekł wzro­kiem i prze­pro­sił pod nosem, za co obe­rwał z łok­cia od sta­re­go i leni­we­go Dre­gań­skie­go. Gru­by palant.

- Resz­ta cia­ła ofia­ry jest bli­sko – Sza­dur­ski wstał z klę­czek i zaczął roz­glą­dać się po oko­li­cy. Czę­ściej spo­glą­dał na morze, jak­by cia­ło nie­bosz­czy­ka mogło mu machać wśród tych wzbu­rzo­nych fal. Kothe uśmiech­nął się, gdy Sza­dur­ski, pew­nie nie­świa­do­mie, popra­wił kurt­kę i zasło­nił broń w kabu­rze na pasku.

- Prze­szu­ka­li­śmy naj­bliż­sze dwa kilo­me­try w każ­dym kie­run­ku – powie­dział z uśmie­chem Kothe. Już się cie­szył, że popsuł teo­rię Sza­dur­skie­go. – Nicze­go nie zna­leź­li­śmy, więc raczej cia­ła ofia­ry tutaj nie ma.

Sza­dur­ski wes­tchnął i rzu­cił mu spoj­rze­nie z uko­sa. Coś w jego oczach spra­wi­ło, że Kothe­mu prze­szły ciar­ki po ple­cach. Uśmiech­nął się na siłę. Nie da się zastra­szyć jakie­muś gli­nia­rzo­wi z zadu­pia, któ­ry zresz­tą był nie­wie­le star­szy od nie­go. Ile mógł mieć lat? Trzy­dzie­ści? Kothe nie sądził, aby dzie­li­ła ich spo­ra róż­ni­ca w doświad­cze­niu. Może w budo­wie cia­ła owszem, ale w tej roz­gryw­ce dla Kothe­go liczył się umysł. Dre­gań­ski naj­wi­docz­niej szu­kał spo­so­bu na pozby­cie się pro­ble­mu z gło­wy. Przed eme­ry­tu­rą chciał­by tyl­ko sie­dzieć i wpie­przać hot dogi z bud­ki przy dwor­cu kole­jo­wym.

- Świa­dek potra­fił wska­zać miej­sce, gdzie pierw­szy raz usły­szał łama­nie gałę­zi?

Dre­gań­ski kiw­nął gło­wą i już chciał dać krok, gdy Kothe go wyprze­dził. Jeśli ten Sza­dur­ski był dobry, to on będzie lep­szy. Poszedł przo­dem zado­wo­lo­ny, że dwój­ka głup­ków szła za nim. Może za kil­ka lat uda mu się zdo­być sto­łek komen­dan­ta? Kto wie, w koń­cu w poli­cji bra­ku­je zdol­nych ludzi na wyso­kich sta­no­wi­skach.

- Kothe, uwa­żaj idio­to! – Tech­nicz­ny w far­tu­chu i apa­ra­tem przy twa­rzy wysu­nął w jego stro­nę rękę. Zawrza­ła w nim złość. Ci tech­nicz­ni nigdy nie zwa­ża­ją na sło­wa i myślą, że mogą wszyst­ko.

Dopie­ro po chwi­li zro­zu­miał, że wdep­nął w kału­żę krwi. Nie­wie­le, ale jed­nak pra­wa stro­na pode­szwy się w niej zamo­czy­ła. Zmru­żył oczy i zmarsz­czył czo­ło, po czym spoj­rzał na Sza­dur­skie­go. Jego wyraz twa­rzy się nie zmie­nił. Wciąż był poważ­ny i spo­koj­ny. Za to Dre­gań­ski zaci­snął moc­no szczę­ki.

- Co ci mówi­łem żół­to­dzio­bie? – spy­tał siwy gru­bas w prze­tar­tej pucho­wej kurt­ce. – Masz uwa­żać gdzie stą­pasz!

- Dre­gań­ski – wtrą­cił się Sza­dur­ski. – Jeste­śmy obser­wo­wa­ni przez medial­ne psy, więc nie rób afe­ry – ruszył. – Chodź­my. Tech­nicz­ni i tak nic nie znaj­dą. Łza­wy jest za dokład­ny, aby zosta­wić śla­dy na miej­scu zbrod­ni.

- Łza­wy? – spy­tał Kothe, jak­by obe­rwał obu­chem w łeb. Na szkół­ce poli­cyj­nej prze­strze­ga­no go przed wymy­śla­niem ksyw dla psy­cho­pa­tów i mor­der­ców. Twier­dzi­li, że to robo­ta ludzi o niż­szej inte­li­gen­cji, czy­li dzien­ni­ka­rzy. Poszedł za nimi, pozo­sta­wia­jąc za sobą śla­dy butów.

- Łza­wy ma cha­rak­te­ry­stycz­ne MO, ale w tym przy­pad­ku nie uda­ło mu się dokoń­czyć dzie­ła. Nasza bie­gacz­ka mu prze­szko­dzi­ła. Zawsze wybie­ra miej­sca publicz­ne, w któ­rych stoi posąg z ocza­mi, pozo­ru­je mu łzy i pod­kła­da ser­ce ofia­ry. Oprócz kału­ży krwi w pobli­żu pozo­sta­wia też cia­ło – wska­zał pal­cem na drze­wa, Dre­gań­ski kiw­nął mu gło­wą i Sza­dur­ski wszedł na traw­nik. – To się nie zmie­ni­ło i w tym przy­pad­ku. Oprócz tego Łza­wy malu­je krwią łzę obok wycię­te­go ser­ca. Tej tutaj nie zna­la­złem, a sta­ra­łem się być skru­pu­lat­ny. Moż­li­we, że się prze­stra­szył i uciekł.

Weszli w zale­sio­ny teren i zaczę­li piąć się na zbo­cze.

- Sko­ro tak, to moż­li­we, że zabrał cia­ło ze sobą – Kothe znów czuł, że rośnie z dumy. Przy­sta­nął. – No i mógł popeł­nić też inny błąd, któ­ry wykry­ją tech­nicz­ni.

Sza­dur­ski zatrzy­mał się przy sku­pi­sku drzew. Patrzył teraz na Kothe­go z góry, co bar­dzo mu się nie spodo­ba­ło. I tak wystar­czy­ło, że bez wzgó­rza dzie­li­ła ich wyso­kość co naj­mniej dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów.

- Ali­cja Nie­mrac­ka zezna­ła, że widzia­ła coś podob­ne­go do niedź­wie­dzia. Wiel­kie­go i czar­ne­go.

- Murzyń­ską pałę – Kothe się zaśmiał z wła­sne­go żar­tu, ale szyb­ko spo­waż­niał, gdy Dre­gań­ski pokrę­cił gło­wą. Sza­dur­ski wciąż był poważ­ny i sku­pio­ny.

- Jej opis Łza­we­go zga­dza się z naszym uryw­kiem nagra­nia z kamer, któ­ry zdo­łał go uchwy­cić, gdy ten ucie­kał z inne­go miej­sca zbrod­ni. Podej­rze­wa­my, że Łza­wy ubie­ra się w strój niedź­wie­dzia, któ­ry nie dość, że chro­ni jego toż­sa­mość, to jesz­cze chro­ni go przed zosta­wie­niem śla­dów. Nawet jeśli w coś wdep­nie, to pozo­sta­wi po sobie ślad łapy niedź­wie­dzia. Tak samo, jak zosta­wi kawa­łek stro­ju, któ­ry nie pozo­sta­wia DNA. Fak­tycz­nie pomo­że nam to, jeśli znaj­dzie­my kawa­łek sier­ści, a póź­niej znaj­dzie­my podej­rza­ne­go i to porów­na­my. Jed­nak jest to mało praw­do­po­dob­ne, Łza­wy nie popeł­nia takich błę­dów. Popeł­nił już trzy mor­der­stwa i wciąż nic nie mam. To dopie­ro pierw­szy raz, gdy uda­ło nam się zna­leźć świad­ka.

Kothe już rozu­miał cze­mu Dre­gań­ski wezwał Sza­dur­skie­go. Był jego seryj­nym, co w Pol­sce zda­rza się bar­dzo rzad­ko. Psy­cho­pa­ci, któ­rzy mor­du­ją z pre­me­dy­ta­cją i bawią się w kot­ka i mysz­kę z poli­cjan­ta­mi to rze­czy­wi­stość Hol­ly­wo­odu. Cze­mu musia­ło się to przy­tra­fić aku­rat temu wie­śnia­ko­wi Sza­dur­skie­mu?

- Wezwij­cie tech­nicz­nych. Niech zba­da­ją to miej­sce.

Kothe wysu­nął rękę, by zatrzy­mać Sza­dur­skie­go.

- Nie rozu­miem. Prze­cież tutaj nic nie ma.

Sza­dur­ski się nie ode­zwał. Naj­pierw wska­zał pal­cem na drze­wo przy Kothe, a dokład­niej na jed­ną zła­ma­ną gałąź, któ­ra zwi­sa­ła i dyn­da­ła na wie­trze. A dopie­ro potem wska­zał pal­cem w górę. Kothe pobłą­dził wzro­kiem i poczuł wście­kłość. Do gru­bej gałę­zi, pięć metrów nad zie­mią, przy­wią­za­no cia­ło. Ubra­ne na czar­no, pra­wie nie­wi­docz­ne. Tyl­ko śle­pia pokry­te biel­mem wyróż­nia­ły się w sza­ro­ściach igla­ków.

 

֎֎֎

 

Kothe odchrząk­nął i prze­mie­szał łyż­ką gorą­cą her­ba­tę. Kost­ki cukru szyb­ko się w niej roz­pu­ści­ły. Chciał upić łyk, ale zauwa­żył, że Sza­dur­ski nie ruszył się od ich przyj­ścia. Sie­dział na kana­pie obok nie­go, z ręko­ma zło­żo­ny­mi przed sobą, opar­ty łok­cia­mi o uda. Z prze­krzy­wio­ną gło­wą obser­wo­wał Ali­cję Nie­mraw­ską. Cie­ka­wi­ło Kothe­go, co sie­dzia­ło w umy­śle tego poli­cjan­ta. Dopie­ro potem zro­zu­miał, że bar­dziej sku­pia się na nim, niż na śledz­twie.

- Prze­pra­szam – Ali­cja prze­tar­ła nos zuży­tą chu­s­tecz­ką. – Nie jestem przy­zwy­cza­jo­na do oglą­da­nia takich rze­czy. Jestem pro­stą dziew­czy­ną. Cze­mu mnie to spo­tka­ło?

- Po pierw­sze radził­bym zacząć bie­gać o nor­mal­nych porach. – Na odpo­wiedź Sza­dur­skie­go Ali­cja otwo­rzy­ła sze­rzej oczy. – Bie­ga­nie samot­nie koło czwar­tej w opusz­czo­nych miej­scach nie jest bez­piecz­ne.

- Suge­ru­je pan, że sama się o to pro­si­łam?

Sza­dur­ski zmru­żył oczy i wte­dy Kothe poczuł, że musi coś wtrą­cić, aby zała­go­dzić sytu­ację.

- Mój part­ner chciał powie­dzieć, że powin­na pani na sie­bie bar­dziej uwa­żać. – Wziął fili­żan­kę do ręki. – Świat jest bar­dzo nie­bez­piecz­ny, szcze­gól­nie dla pięk­nych i samot­nych kobiet.

- Tak, rozu­miem. – Się­gnę­ła po kolej­ną chu­s­tecz­kę z kar­to­ni­ka. – Tyl­ko nie­ła­two jest mi bie­gać wśród ludzi. Mam wra­że­nie, że wszy­scy się patrzą. No wie­cie… – Poma­cha­ła przed sobą ręką. – Sapią­cy wie­lo­ryb w legin­sach przy­cią­ga wzrok.

- Lepiej być sapią­cym wie­lo­ry­bem w legin­sach, niż być mar­twą. – Sza­dur­ski nie zmie­nił pozy­cji, a Kothe zro­zu­miał, że ten zła­mas pro­si się o strzał w twarz.

- Czy może­my poroz­ma­wiać o śledz­twie? – wydu­sił Kothe na bez­de­chu, po czym upił łyk her­ba­ty. Gorą­ca, popa­rzy­ła go w pod­nie­bie­nie. Syk­nął, ale nawet to nie roz­dzie­li­ło spoj­rzeń Ali­cji i Sza­dur­skie­go. Co za idio­ta.

- Zezna­ła pani, że od pię­ciu dni bie­ga pani tą samą tra­są. Czy to praw­da? – spy­tał Sza­dur­ski.

Ali­cja ski­nę­ła gło­wą. Kothe zauwa­żył, że stał się dla niej nie­wi­dzial­ny.

- Czy bie­ga pani o regu­lar­nych porach?

- Oczy­wi­ście. Jestem zda­nia, że naj­wię­cej osią­gnie się dzię­ki regu­lar­no­ści. Szyb­ciej wcho­dzi to w krew, rozu­mie pan? Jeże­li chce się coś osią­gnąć trze­ba skru­pu­lat­nie trzy­mać się pla­nu.

- I ani razu nie zmie­ni­ła pani pla­nu? Nie wyszła dzie­sięć minut póź­niej z domu? Nie zmie­ni­ła tra­sy?

- Nie. Sta­ram się trzy­mać swo­ich posta­no­wień, a że to dopie­ro dru­gi tydzień, to jest łatwo. Może po mie­sią­cu zaczę­ła­bym coś zmie­niać. Jestem bar­dzo zor­ga­ni­zo­wa­ną oso­bą.

Widać, chciał wtrą­cić Kothe, ale zamiast tego popra­wił się na skó­rza­nej kana­pie. Zatrzesz­cza­ła pod jego poślad­ka­mi i wte­dy Ali­cja na nie­go spoj­rza­ła. Raz, na bar­dzo krót­ką chwi­lę i powró­ci­ła wzro­kiem na Sza­dur­skie­go. Kothe podra­pał się w kark. Powi­nien coś powie­dzieć, aby zdo­być w jej oczach. Czuł się, jak sprze­daw­ca z pla­kiet­ką „Uczę się”.

Potem rozej­rzał się dokład­niej po miesz­ka­niu. Wyglą­da­ło na wycią­gnię­te z kata­lo­gu ikei, dopie­ro co ude­ko­ro­wa­ne w sty­lu skan­dy­naw­skim.

- Dobrze, spraw­dzi­my to na moni­to­rin­gu. – Sza­dy prze­rwał ciszę po kil­ku sekun­dach, jak­by celo­wo przy­trzy­mał Ali­cję.

Kothe prze­je­chał języ­kiem po zębach i przyj­rzał się dziew­czy­nie. Wyglą­da­ła na zasko­czo­ną i zbi­tą z tro­pu. Zresz­tą Kothe też się zdzi­wił, bo na Kamien­nej Górze nie zain­sta­lo­wa­no moni­to­rin­gu. Przy­naj­mniej on o tym nie wie­dział.

- Moni­to­rin­gu? – zada­jąc to pyta­nie pobla­dła. – Dla­cze­go chce mnie pan śle­dzić?

Sza­dur­ski się uśmiech­nął.

- Zezna­ła pani, że bie­ga dla sie­bie, aby schud­nąć po zerwa­niu. Jak nazy­wał się pani były narze­czo­ny? – zmie­nił temat.

- Marek Kowal­czyk – prze­łknę­ła cięż­ko śli­nę. – Podej­rze­wa­cie, że mógł to zro­bić?

Kothe nie wie­dział, czy powi­nien wyjąć notat­nik i noto­wać, bo Sza­dur­ski zdo­by­wał nowe infor­ma­cje, któ­re mogły­by im się przy­dać. Marek Kowal­czyk. Posta­ra się zapa­mię­tać.

- Co może mi pani o nim powie­dzieć? Ale pro­szę sku­piać się na cechach cha­rak­te­ru. Była z nim pani osiem lat.

- Oczy­wi­ście. – Się­gnę­ła po szklan­kę z wodą, ale się nie napi­ła. – Marek jest bar­dzo zabor­czy, ale i leni­wy. Czę­sto kłó­ci­li­śmy się o jego ambi­cje. Bra­ko­wa­ło mu chę­ci do pra­cy, stwier­dzał, że zara­biam wystar­cza­ją­co, więc może pozwo­lić sobie na czę­ste zmia­ny pra­cy, albo sie­dze­nie mie­sią­ca­mi w domu. Po naszym zerwa­niu przez mie­siąc miesz­kał u mat­ki. Rozu­mie­cie? Sta­ry facet wra­ca do mat­ki. Marek jest typem czło­wie­ka, za któ­re­go trze­ba wszyst­ko robić i poda­wać mu na tacy. Kocha­łam go, wciąż go kocham, bo mimo tych wad potra­fił mnie zasko­czyć i o mnie zadbać. Robił mi masa­że… A w łóż­ku?

- Dzię­ku­je­my – Sza­dur­ski wstał. – To wszyst­ko. Bar­dzo mi pani pomo­gła. Jak będzie­my mie­li wię­cej pytań, to się ode­zwie­my.

Poże­gna­nie trwa­ło pięć sekund. W samo­cho­dzie, pod­czas zapi­na­nia pasów Kothe wciąż miał przed ocza­mi zasko­czo­ną minę Ali­cji. Naj­wi­docz­niej chcia­ła coś dopo­wie­dzieć, ale Sza­dur­ski jej nie pozwo­lił. Co to mia­ło być? Cze­go chciał od niej Sza­dur­ski? I o jakim moni­to­rin­gu mowa?

Rybie łzy – opo­wia­da­nie cz.1
Tagged on:                                             

2 thoughts on “Rybie łzy – opowiadanie cz.1

  • 16 lutego 2018 at 23:54
    Permalink

    Świet­ne i z poczu­ciem humo­ru. Kie­dy ten tomik? 🙂

    Reply
    • 16 lutego 2018 at 23:58
      Permalink

      Szcze­rze to pla­nu­ję na koniec roku zacząć wal­czyć o wyda­nie, ale może coś uda mi się wcze­śniej :). Na razie wal­czę o opo­wia­da­nia 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *