Helikopter w zatoce – Część 9

To już przed­ostat­nia część i wysy­łam Sza­de­go na wakacje :)!

           

          Pewnie pomy­śla­łeś, że zabi­łem moją żonę? Nie. W sumie, Ty byś tak nie pomy­ślał. Jesteś lep­szy od innych. Wiem, że wiesz, co się sta­ło. Bo wiesz, jak bywa w miło­ści, praw­da? Popeł­nia­my błę­dy. Rozu­mie­my je za póź­no. Zapo­mi­na­my się w innej oso­bie, gdy tak napraw­dę chce­my stłu­mić uczu­cia do tej jedy­nej, pierw­szej, najważniejszej.

            Moja żona chcia­ła do mnie wró­cić. Przy­je­cha­ła i bła­ga­ła mnie o wyba­cze­nie. Co mogłem zro­bić? Kocha­łem Wie­się. Żało­wa­łem jed­nak, że zro­zu­mia­ła to tak póź­no. Bo ja już mia­łem kobie­tę w swo­im życiu. Nową. Zupeł­nie róż­nią­cą się od mojej żony. Szczu­plej­szą. Ład­niej­szą. Mądrzej­szą. Na doda­tek w cią­ży. Nosi­ła w łonie moje dziecko.

            Nie wie­dząc cze­mu zaczą­łem grać na dwa fron­ty. Nie potrwa­ło to dłu­go, kie­dy Asia dowie­dzia­ła się o inten­cjach mojej żony i moim podwój­nym życiu. Była wte­dy w szó­stym mie­sią­cu cią­ży. Zagro­zi­ła mi, że wyja­wi mojej żonie praw­dę o jej ist­nie­niu. O tym, że nie zerwa­li­śmy. Nie mogłem na to pozwo­lić. Wście­kłem się. Wda­li­śmy się w kłót­nie. Od sło­wa do sło­wa zabi­łem ją (O iro­nio, jak pro­stac­ko to brzmi). Nie mogłem jej pozwo­lić, aby weszła w dro­gę praw­dzi­wej miłości.

            Z począt­ku się prze­stra­szy­łem. Była moją pierw­szą ofia­rą. Przez godzi­nę sie­dzia­łem nad jej cia­łem i pła­ka­łem. Nie wie­dzia­łem co zro­bić. Zabi­łem prze­cież nie tyl­ko kobie­tę, ale tak­że moje dziec­ko. Dziec­ko, któ­re obda­rza­łem wiel­ki­mi nadzie­ja­mi. Po godzi­nie wzią­łem się w garść. Zawi­ną­łem ją w folię i wrzu­ci­łem do wan­ny. Posprzą­ta­łem wszyst­ko dokład­nie. Musia­łem być pewien, że ślad po niej znik­nął. O pierw­szej w nocy wywio­złem ją do moje­go cmen­ta­rzy­ska, któ­re wte­dy jesz­cze było zwy­kłym miejscem.

            I wiesz, co było naj­lep­sze? Była jedy­nacz­ką. Nikt jej nie szu­kał, bo rodzi­ce daw­no temu zmar­li w wypad­ku samo­cho­do­wym. Aku­rat wte­dy była na zwol­nie­niu lekar­skim, więc nikt nie zada­wał pytań. Wypa­ro­wa­ła. Co praw­da po czte­rech mie­sią­cach kadry sobie o niej przy­po­mnia­ły, bo zale­ga­ła ze zwol­nie­nia­mi. Zwró­ci­li się do mnie. Powie­dzia­łem, że nie mam poję­cia o kim mowa (nigdy mnie nie widzie­li, jedy­nie sły­sze­li z opo­wie­ści Asi, na szczę­ście nie lubi­łem zdjęć i fejs­bu­ków). Chro­ni­ło mnie woj­sko. Nikt nie drą­żył spra­wy. Stwier­dzo­no, że Asia zagi­nę­ła, albo ucie­kła. Koniec tema­tu. Mogłem żyć spokojnie.

            Wiesz, jak dobrze jest wie­dzieć, że mor­der­stwa ucho­dzą Ci na sucho? Jesteś lep­szy od Boga. Od same­go Sza­ta­na. W sumie tak się czu­łem przez resz­tę moje­go życia. Byłem lep­szy od nich wszystkich.

 

 

            Drze­wo zatrzy­ma­ło się na gałę­ziach. Sza­dy wbi­jał łopa­tę coraz głę­biej i szyb­ciej, bo to co uda­ło mu się odko­pać zaraz zale­wa­ła woda i bło­to. Dyszał, zasta­na­wia­jąc się czy wła­śnie tak czuł się Syzyf. Z czo­ła leciał pot, któ­ry mie­szał się z desz­czem. Nie prze­sta­wał kopać. Ona musia­ła być gdzieś bli­sko. Musiał być bli­sko niej. Nie zazna spo­ko­ju, jeśli nie zoba­czy jej cia­ła, a raczej kości, bo po tylu latach to spo­dzie­wał się zobaczyć.

            Nie byli tacy sami. Sza­dy nie widział sie­bie w roli seryj­ne­go mor­der­cy. Wybrał inną dro­gę. Dla nie­go liczy­ła się spra­wie­dli­wość. Chciał poka­zać innym, że nie ma mor­der­cy, co odpo­wied­niej kary nie otrzy­ma. Tyl­ko dla­cze­go sło­wa porucz­ni­ka go gnębiły?

            Cze­kam na Cie­bie w piekle.

            Cze­mu wszy­scy go tam wysy­ła­ją? Czy jest aż tak złym człowiekiem?

            Od trzy­ma­nia trzon­ka two­rzy­ły mu się nowe odci­ski na dło­niach. Ze sta­rych zaczę­ła lecieć krew. Prze­ko­py­wał kawa­łek za kawał­kiem, aż zro­bił dla sie­bie błot­ny grób. Jak głę­bo­ko się doko­pał? Dwa metry? Zaci­skał zęby, bo każ­de wbi­cie łopa­ty w zie­mię zada­wa­ło mu coraz więk­szy ból.

            Nie tra­fi do pie­kła. A nawet jeśli to po to, aby zro­bić tam porządek.

            Nie był złym człowiekiem.

            Z nie­ba lecia­ły kro­ple o śred­ni­cy pię­ciu mili­me­trów. Sza­de­go pali­ły mię­śnie, pierw­szy raz od daw­na łapa­ła go zadysz­ka. Ile jesz­cze? Ciu­chy przy­kle­iły się do nie­go, spra­wi­ły, że ważył wię­cej. Zapadł się w bło­cie, aż po pisz­cze­le. A kości Asi nie widział. Gdzie one są? Czy For­tu­na się pomylił?

            Wie­dział, że jak teraz odpu­ści nigdy sobie tego nie wyba­czy. Musiał znać odpo­wiedź. Nie będzie cze­kał, aż pogo­da się uspo­koi. Musi wie­dzieć. Musi!

            - Kur­wa! – Wbił łopa­tę w zie­mię, aż zapa­dła się po sam trzonek.

            Dwa pio­ru­ny roz­ja­śni­ły oło­wia­ne nie­bo. Grzmot doszedł do Sza­de­go po dwóch sekundach.

            Znasz już moją histo­rię. Zabi­łem sześć i pół osób. Pew­nie gdy­bym nie posta­no­wił z sobą skoń­czyć, to zabił­bym ich wię­cej. A wiesz, dla­cze­go się zabiłem?

            Bo potwór we mnie coraz bar­dziej sta­wał się głod­ny. Ten demon, któ­ry kazał mi zabi­jać, chciał wię­cej. Zabi­ja­nie obcych ludzi sta­ło się dla nie­go nud­ne. Nie chciał już tego. Chciał mojej córki.

            Zamor­do­wać Agę.

            Nie mogłem mu pozwo­lić zabić to dziec­ko. Pierw­sze i jedy­ne. Gdy­by demon wygrał zabrał­by mi to co naj­cen­niej­sze na świe­cie. A wte­dy co powstrzy­my­wa­ło­by mnie do maso­we­go zabi­ja­nia? Mógł­bym się w tym zatra­cić. Stać się nie­ostroż­ny. Stać się uchwyt­ny. Stać się dla Cie­bie widoczny.

 

 

            Wiatr popchnął go na ścia­nę gro­bu. Oparł się o nią łok­ciem, ale nie powstrzy­mał upad­ku. Pośli­zgnął się i wpadł do bło­ta pra­wym bokiem. Chwi­lę mu zaję­ło, zanim zdo­łał przyklęknąć.

            - Pie­przyć to – powie­dział, prze­su­wa­jąc bło­to dłońmi.

            Chy­ba zwa­rio­wał. Poczuł, jak tra­cił zmy­sły. Nor­mal­ny czło­wiek by pocze­kał. Prze­cież to cia­ło nigdzie nie pój­dzie. Było tu przez tyle lat, może i prze­le­żeć kil­ka godzin wię­cej. Ale on chciał je zoba­czyć. Musiał je zobaczyć.

            Nie są tacy sami. Sza­dy nigdy nie będzie zwyrodnialcem.

            Doko­py­wał się. Pod pal­ca­mi poczuł coś twar­de­go. Przy­trzy­mał to ręką, dru­gą pod­ko­pu­jąc się głębiej.

            Roz­legł się grzmot. Sza­dy nie wie­dział już któ­ry, ale nie pamię­tał, aby kie­dy­kol­wiek na Pomo­rzu pano­wa­ła taka burza.

            Ponow­ny trzask prze­szedł go na wskroś. Zorien­to­wał się, że pęk­nię­te wcze­śniej drze­wo nie pod­trzy­my­wa­ły gałę­zie. Popę­ka­ły i spa­dły na krza­ki, a to wiel­kie, się­ga­ją­ce oko­ło dzie­się­ciu, może pięt­na­stu metrów drze­wo wła­śnie się osu­wa­ło i spa­da­ło wprost na niego.

            Zerwał się na nogi, ale się pośli­zgnął. Chciał pono­wić pró­bę, nic z tego, nogi ugrzę­zły w błocie.

            Cho­le­ra.

            Sza­dy wstrzy­mał oddech, poło­żył się w bło­cie i zasło­nił ręko­ma gło­wę. Taki odruch. Odruch, któ­ry nie miał pra­wa go uratować.

Heli­kop­ter w zato­ce – Część 9
Tagged on:                             

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *