Rybie łzy – opowiadanie cz.2

Przed­sta­wiam jed­no z opo­wia­dań kry­mi­nal­nych z Sza­dur­skim. Chcę, aby­ście pozna­li moje­go boha­te­ra. Zazna­jo­mi­li się z nim. To opo­wia­da­nie naj­praw­do­po­dob­niej otwo­rzy mój tomik opo­wia­dań, któ­ry pla­nu­ję napi­sać jesz­cze w tym roku.

 

Część 1

Prze­słu­chi­wa­li Mar­ka Kowal­czy­ka przez czte­ry godzi­ny. Sza­dur­ski zasto­so­wał wszyst­kie zna­ne Kothe­mu tech­ni­ki prze­słu­chań i dopie­ro potem oka­za­ło się, że Kowal­czyk miał ali­bi. Jego adwo­kat poja­wił się z nową kochan­ką, któ­ra z krzy­kiem gro­zi­ła im pozwem i zabra­ła podej­rza­ne­go do domu. Kothe nie dzi­wił się, że Kowal­czyk zosta­wił wie­lo­ry­ba, dla laski z por­no­li.

Po skoń­czo­nym prze­słu­cha­niu Sza­dur­ski poszedł do ubi­ka­cji. Kothe tak­że odczuł potrze­bę sko­rzy­sta­nia, więc poszedł za nim. Przy pisu­arze, gdy sta­li tam obaj, Sza­dur­ski patrzył mu dziw­nie na kark. Nic nie powie­dział, a po wyj­ściu z toa­le­ty gdzieś znik­nął. Kothe wró­cił do ubi­ka­cji i w lustrze pró­bo­wał doj­rzeć to, co zoba­czył Sza­dur­ski. Zauwa­żył wysta­ją­cą zza karcz­ku koszul­ki czar­ną krop­kę, część jego tatu­ażu, któ­ry zro­bił sobie w dniu osiem­na­stych uro­dzin.

Dre­gań­ski mówił, żeby uczył się od nie­go, ale nie zazna­czył, że Sza­dur­ski jest tak skom­pli­ko­wa­nym i cichym czło­wie­kiem. W samo­cho­dzie sta­rał się wypy­tać o co cho­dzi­ło na prze­słu­cha­niu, o jakim moni­to­rin­gu mowa i cze­mu sku­pił się na Kowal­czy­ku. Sza­dur­ski tyl­ko dziw­nie się uśmie­chał i zby­wał go mach­nię­ciem ręki. Jak ma się uczyć od kogoś takie­go?

Ponie­waż nie zna­lazł Sza­dur­skie­go, a szu­kał go pół godzi­ny, poje­chał do Zakła­du Medy­cy­ny Sądo­wej Gdań­skie­go Uni­wer­sy­te­tu Medycz­ne­go. Tam dowie­dział się tego, co zdo­łał już się domy­ślić, gdy pierw­szy raz zoba­czył miej­sce zbrod­ni. Mor­der­ca uśpił ofia­rę, a następ­nie wyciął z niej ser­ce, gdy jesz­cze biło. Dopó­ki cia­ło nie stę­ża­ło spu­ścił z nie­go krew, któ­rą póź­niej użył do upięk­sze­nia miej­sca zbrod­ni. Nic wię­cej nie uda­ło się zna­leźć. Ofia­ra się nie bro­ni­ła, cię­cia były pre­cy­zyj­ne, nie pozo­sta­wio­no naj­mniej­szych śla­dów. Kothe zasta­na­wiał się jak Sza­dur­ski z tego wybrnie.

Wró­cił na poste­ru­nek poli­cji i zaczął prze­glą­dać rapor­ty oraz zdję­cia od tech­nicz­nych. Odtwa­rzał w gło­wie krok po kro­ku miej­sce zbrod­ni, szu­kał cze­goś co jed­nak mogło­by im pomóc zna­leźć podej­rza­ne­go. Kowal­czyk odpadł, miał ali­bi. Więc kto mógł­by śle­dzić Ali­cję? A może nie cho­dzi­ło o nią, tyl­ko o tego bez­dom­ne­go, do któ­re­go nale­ża­ło cia­ło? Cho­le­ra. Już na począt­ku spra­wy wie­dział, że ten Łza­wy dobrze pla­nu­je swo­je mor­der­stwa. Sza­dur­ski sam stwier­dził, że jest pro­fe­sjo­nal­ny i robi porząd­ny rese­arch. Więc dla­cze­go dał się zasko­czyć bie­gacz­ce?

Wyko­nał tele­fon do wydzia­łu kry­mi­no­lo­gii i spy­tał o moni­to­ring w oko­li­cy Muzeum Mary­nar­ki Wojen­nej i skwer­ku. Stwier­dzi­li, że nic im na temat moni­to­rin­gu nie wia­do­mo, że może dwa lata temu tam był, ale teraz pozo­sta­ły same atra­py. Ten Sza­dur­ski jest popie­rzo­ny.

Ktoś sta­nął przy jego biur­ku i przy­sło­nił mu akta.

- Wsta­waj, Kothe – roz­ka­zał Sza­dur­ski. – Mam trop. Chcę, aby­śmy zała­twi­li to sami. Chodź. Poje­dzie­my two­im autem, bo mam pusty bak, a nie chcę tra­cić cza­su na tan­ko­wa­nie.

Kothe bez sło­wa ścią­gnął z fote­la kurt­kę, wycią­gnął z szu­fla­dy służ­bo­wą broń i przed wybie­gnię­ciem za Sza­dur­skim zer­k­nął na wyga­szacz ekra­nu na moni­to­rze. Docho­dzi­ła trze­cia w nocy. Kie­dy stra­cił rachu­bę cza­su?

 

֎֎֎

 

Sza­dur­ski zawiózł go w miej­sce, w któ­rym zna­leź­li ofia­rę. Zapar­ko­wał przo­dem do rybie­go posą­gu i wysiadł z samo­cho­du. Sta­nął w świa­tłach reflek­to­rów, wło­żył ręce do kie­sze­ni i spo­glą­dał na morze. Kothe pokrę­cił się na fote­lu przed opusz­cze­niem auta. Trop? Nie widział żywej duszy, a Sza­dur­ski nie zacho­wy­wał się tak, jak­by brał udział w pości­gu.

Kothe przy­sta­nął przy rybach. Po krwa­wych łzach nie było śla­du, po ser­cu tak­że nie. Zresz­tą całe to miej­sce wyglą­da­ło tak, jak przed­tem.

- Gdzie podej­rza­ny? – zapiął zamek w kurt­ce pod szy­ję.

- Powie­dzia­łem, że mam trop. Nie podej­rza­ne­go. – Sza­dur­ski wycią­gnął z kie­sze­ni papie­ro­sa, odwró­cił się tyłem do wia­tru i przy­siadł na mur­ku. Wziął duży wdech nosem, obra­ca­jąc w pal­cach zapal­nicz­kę zip­po.

- Racja. To o co cho­dzi? Bo nie zabra­łeś mnie tutaj chy­ba po to, aby zapa­lić?

- Owszem. – Odpa­lił zapal­nicz­kę i przy­sta­wił ją do papie­ro­sa, któ­ry natych­miast zapło­nął na poma­rań­czo­wo. – Ogól­nie nie jestem pala­czem, ale zawsze pozwa­lam sobie zapa­lić jed­ne­go, gdy roz­wią­zu­je spra­wę. To taka moja nagro­da. Moja sio­stra powie­dzia­ła mi, że podob­nie robi King, gdy skoń­czy pisać książ­kę. Moż­li­we, że tak jest. Trze­ba zna­leźć swój spo­sób na trumf, nie sądzisz?

- Moż­li­we – Kothe wzru­szył ramio­na­mi. – I cze­mu mówisz mi, że roz­wią­za­łeś spra­wę? Co odkry­łeś? Myśla­łem, że jeste­śmy part­ne­ra­mi.

Sza­dur­ski poki­wał gło­wą i moc­no się zacią­gnął. Przy­trzy­mał dym w płu­cach i wypu­ścił go nosem. Wiatr popchnął Kothe, więc żeby zła­pać rów­no­wa­gę cof­nął się o krok. Wło­żył ręce do kie­sze­ni dżin­sów. Sta­rał się nie trząść z zim­na.

- Muszę przy­znać, że Łza­wy dobrze sobie to zapla­no­wał – Sza­dur­ski spo­glą­dał na swo­je buty. – Bar­dzo dobrze. Wie­dzia­łem, że jest inte­li­gent­ny i pew­ny sie­bie, ale wie­dzia­łem też, że pew­ność sie­bie szyb­ko gubi psy­cho­pa­tów. W pew­nym momen­cie zdo­by­wa­ją taką pew­ność, że popeł­nia­ją błąd.

- Łza­wy popeł­nił błąd? Jaki?

- Pierw­szy to taki, że obrał mnie na cel. – Sza­dur­ski się uśmiech­nął. – Nie wiem cze­mu mor­der­cy mają ten­den­cję do kon­ku­ro­wa­nia z poli­cją. Ubz­du­ra­ją sobie jed­ną oso­bę i wyzy­wa­ją ją na poje­dy­nek. Kothe, dla­cze­go tak jest?

Zasta­no­wił się przed odpo­wie­dzią. Popa­trzył na pięk­nie oświe­tlo­ną Sea Towers. Wie­dział do cze­go zmie­rza Sza­dur­ski. Chy­ba nie jest, aż takim idio­tą za jakie­go go miał.

- Pew­nie dla­te­go, że doda­je to sma­ku. – Pobłą­dził wzro­kiem na port. Miał wra­że­nie, że aż tutaj sły­szał obi­ja­nie się o sie­bie masz­tów i krzyk mew. – Zbrod­nia to jed­no, zaspa­ka­ja, zabi­ja na chwi­lę tego demo­na w gło­wie, ale potem trze­ba pod­nieść poprzecz­kę. Kie­dy jest się nie­uchwyt­nym to nud­ne. Dopie­ro kie­dy czu­je się cudzy oddech na kar­ku moż­na poczuć praw­dzi­wy dresz­czyk emo­cji. To adre­na­li­na, któ­rej nie zastą­pi nawet naj­lep­szy seks.

- A dla­cze­go ja? – Zacią­gnął się dwa razy.

- Jesteś cho­dzą­cą legen­dą. Jesteś poli­cjan­tem, któ­ry zła­pał naśla­dow­cę Rezo­na, seryj­ne­go mor­der­cy, któ­ry zma­sa­kro­wa­ne cia­ła pod­rzu­cał pod kościo­ły. Przez pół roku ter­ro­ry­zo­wał oko­li­cę. Ponoć jesteś jed­nym z nie­licz­nych poli­cjan­tów w Pol­sce, któ­ry jest goto­wy za wszel­ką cenę roz­wią­zać spra­wę i bie­rzesz wszyst­kie przy­pad­ki, nawet te naj­bar­dziej bez­na­dziej­ne.

- Dużo o mnie wiesz.

- Lubię wie­dzieć z kim pra­cu­ję – odpo­wie­dział bez namy­słu.

- Rozu­miem. – Sza­dur­ski pstryk­nął nie­do­pa­łek w miej­sce, gdzie nie­daw­no leża­ła kału­ża krwi. – Ja też lubię wie­dzieć z kim pra­cu­ję, Kothe. Mówi ci to coś?

Pokrę­cił gło­wą i cof­nął się o kolej­ny krok. Do cze­go zmie­rzał Sza­dur­ski? Prze­cież to nie­moż­li­we. Dla pew­no­ści spraw­dził łok­ciem, czy posia­da broń. Była tam, gdzie powin­na. Na pasku, scho­wa­na w kabu­rze. Nie zapo­mniał jej, jak wte­dy gdy jechał po wyni­ki sek­cji.

- Jesteś synem wybit­ne­go chi­rur­ga, któ­ry ura­to­wał życie komen­dan­to­wi. Stąd two­je szyb­kie awan­se i odzna­cze­nia. Jesteś ode mnie młod­szy o pięć lat, a prze­sko­czy­łeś bel­ka­mi nie jed­ne­go star­sze­go ode mnie sta­żem poli­cjan­ta. Jesteś spryt­ny i spo­strze­gaw­czy, o czym świad­czą roz­wią­za­ne spra­wy w ostat­nim roku. Muszę powie­dzieć, że jesteś też dobrym akto­rem, bo pra­wie mnie mia­łeś, Kothe.

Zacią­gnął się świe­żym powie­trzem, jak­by dopie­ro opu­ścił izo­lat­kę. Z morza biło jodem.

- Od dru­gie­go mor­der­stwa podej­rze­wa­łem, że Łza­wy musi pra­co­wać w poli­cji. Zbyt dobrze znał nasze pro­ce­du­ry i miał dostęp do infor­ma­cji nie­do­stęp­nych dla cywi­li. Śle­dzi­łeś moje postę­py w pra­cy, prze­glą­da­łeś rapor­ty, dzię­ki ple­com ojca, któ­ry miał w gar­ści komen­dan­ta. Wie­dzia­łeś, że sta­ną­łem w mar­twym punk­cie, dla­te­go zabi­łeś kolej­ny raz i spe­cjal­nie wyko­rzy­sta­łeś Ali­cję. Dosko­na­le wie­dzia­łeś, że mój naczel­nik przy­dzie­lił mi inną robo­tę i nie mogłem poświę­cić tobie tyle cza­su ile chcia­łeś. Poza tym wybra­łeś noc, w któ­rej mia­łeś dyżur z Dre­gań­skim. Dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści? Wie­dzia­łeś, że Dre­gań­ski będzie kazał zadzwo­nić do mnie, a wte­dy zaczniesz ze mną tę spra­wę, bo Dre­gań­ski jest za leni­wy, żeby dupę po sra­niu wytrzeć.

Kothe poki­wał gło­wą z uzna­niem. Sza­dur­ski jed­nak był dobrym wybo­rem.

- Poza tym two­je zacho­wa­nie na miej­scu zbrod­ni wzbu­dzi­ło moje zain­te­re­so­wa­nie. Sły­sza­łem o tobie, Kothe. Mia­łeś nie­na­gan­ną opi­nię dobre­go śled­cze­go, a na miej­scu zacho­wa­łeś się jak idio­ta. Nie dość, że uda­wa­łeś ama­to­ra, to jesz­cze wdep­ną­łeś w kału­żę krwi. Tacy, jak my nie popeł­nia­ją błę­dów. Jeste­śmy zbyt uważ­ni. Jeste­śmy na to za dobrzy. Poza tym sam zapro­wa­dzi­łeś mnie do cia­ła ofia­ry. Powie­dzia­łeś mi o tym. Zatrzy­ma­łeś się, zanim ja się zatrzy­ma­łem.

Kothe się roze­śmiał. Być może to, co mówił Sza­dur­ski było praw­dą, ale nie miał na to żad­nych dowo­dów. To czy­ste spe­ku­la­cje, któ­re nie przej­dą w sądzie. Gra trwa­ła dalej.

- Pew­nie myślisz, że bra­ku­je mi dowo­dów, aby cię zała­twić? Stąd ten śmiech? Pozwól, że cię oświe­cę. Kie­dy znik­ną­łem po wyj­ściu z kibla poje­cha­łem do cie­bie. Oka­za­ło się, że w schow­ku pod kana­pą trzy­masz zdję­cia swo­ich ofiar. Serio, Kothe? Napraw­dę jesteś takim debi­lem, aby trzy­mać tro­fea w domu?

- To nie przej­dzie w sądzie. Nie mia­łeś naka­zu.

- Tu się z tobą zgo­dzę, Kothe. Nie przej­dzie w sądzie, ale jak myślisz zare­agu­je śro­do­wi­sko na myśl, że jesteś seryj­nym mor­der­cą? Dodaj jesz­cze do tego, że po roz­wo­dzie two­ich rodzi­ców mat­ka zagi­nę­ła bez śla­du. Myślę, że twój ojciec ją zabił. Z nie­na­wi­ści, albo z cho­rej miło­ści. No i twój tatu­aż. Pła­czą­cy klaun. Serio, Kothe? Nie mogłeś tego roze­grać lepiej? Nie mogłeś wymy­ślić dla mnie cze­goś trud­niej­sze­go?

- Nikt ci nie uwie­rzy. – Roze­śmiał się zno­wu. – Gadasz od rze­czy. To wszyst­ko mogło się zda­rzyć każ­de­mu. A mój tatu­aż? Pro­szę cię, Sza­dur­ski. Myśla­łem, że stać cie­bie na wię­cej.

- Wiesz, że nie­ozna­ko­wa­ne poli­cyj­ne radio­wo­zy są wła­sno­ścią pań­stwa i moż­na je prze­szu­kać bez naka­zu?

Kothe zdrę­twiał. Poczuł, że ser­ce mu przy­spie­sza i pierw­szy raz w życiu ogar­nął go strach. Trwa­ło to dwie sekun­dy. Póź­niej się otrzą­snął i stwier­dził, że Sza­dur­ski ble­fu­je.

- Co to ma do rze­czy?

- Co znaj­dę jak zaj­rzę do bagaż­ni­ka? – Sza­dur­ski wpa­trzył się w nie­go tym wzro­kiem, prze­peł­nio­nym dumą i aro­gan­cją. – Co znaj­dę w bagaż­ni­ku, Kothe?

Kothe się roz­zło­ścił. Pierw­szy raz w życiu dał się ponieść emo­cjom. Zawsze opa­no­wa­ny i porząd­ny Kothe wycią­gnął broń z kabu­ry i wyce­lo­wał w Sza­dur­skie­go. Nie myślał. Nie zasta­na­wiał się, że ktoś może ich teraz obser­wo­wać.

- Nie myśl, że jesteś ode mnie mądrzej­szy Sza­dur­ski. Mogę cię zastrze­lić, tu i teraz, a póź­niej powie­dzieć, że zwa­rio­wa­łeś i się na mnie rzu­ci­łeś. Albo wymy­ślę coś inne­go. Komen­dant zamie­cie spra­wę pod dywan.

- Oczy­wi­ście – Sza­dur­ski przy­su­nął się do lufy wal­the­ra. – Tyl­ko zno­wu poka­za­łeś, że śli­zga­nie się na cudzych ple­cach nie ozna­cza pra­wi­dło­we­go roz­wo­ju poli­cjan­ta. Bra­ku­je tobie doświad­cze­nia, Kothe.

- O czym ty mówisz?

- Poje­cha­łeś po wyni­ki z sek­cji zwłok bez bro­ni.

- No i co z tego? – dopy­tał, potrzą­sa­jąc lufą.

- To, że bra­ku­je tobie doświad­cze­nia, Kothe. Zapo­mnia­łeś ile waży broń z peł­nym maga­zyn­kiem, a ile z pustym?

Kothe naci­snął spust, ale broń strze­li­ła głu­cho. W tym cza­sie Sza­dur­ski ude­rzył go w nad­garst­ki, póź­niej w kola­no, któ­re trza­snę­ło mu aż w uszach i nim zdo­łał zare­ago­wać leżał na zie­mi, przy­war­ty twa­rzą do beto­nu, z ręko­ma za ple­ca­mi. Sza­dur­ski zała­twił go jak szcze­nia­ka. Cia­sno zało­żył mu kaj­dan­ki.

- Wsta­waj, Kothe – Sza­dur­ski pomógł mu się pod­nieść. – Jesteś aresz­to­wa­ny za zabój­stwo trzech osób. Two­je pra­wa zare­cy­tu­je tobie twój ulu­bio­ny poli­cjant, Dre­gań­ski.

Kothe patrzył teraz na oświe­tlo­ną na nie­bie­sko syl­wet­kę Dre­gań­skie­go. Kie­dy tutaj przy­je­cha­li? Jeden z tech­nicz­nych robił zdję­cia otwar­te­go bagaż­ni­ka. Zgu­bi­ła go pew­ność sie­bie. Nie sądził, że komu­kol­wiek przyj­dzie na myśl prze­szu­kać poli­cyj­ny wóz i znaj­dzie tam jego prze­bra­nie.

Kostium niedź­wie­dzia z krwią ofiar Łza­we­go.

 

Lubisz Szadego?

Zobacz z czym musi się zmierzyć w tej historii!

Rybie łzy – opo­wia­da­nie cz.2
Tagged on:                                 

5 thoughts on “Rybie łzy – opowiadanie cz.2

  • 16 lutego 2018 at 13:49
    Permalink

    Ja jestem two­ją fan­ką ale cze­kam na książ­kę z wład­ca­mi żywio­łów:)

    Reply
    • 17 lutego 2018 at 00:00
      Permalink

      Wiem, ale to nie­ste­ty na razie sta­nę­ło w mar­twym punk­cie :(. Będę jed­nak wal­czy­ła o wyda­nie tro­chę póź­niej! 🙂

      Reply
  • 16 lutego 2018 at 23:53
    Permalink

    Tro­chę szyb­ko się koń­czy 🙂 Masz wię­cej Sza­dur­skie­go?

    Reply
    • 16 lutego 2018 at 23:59
      Permalink

      To opo­wia­da­nie w pla­nie mia­ło pójść na kon­kurs i tam był limit zna­ków, więc musia­łam skra­cać jak idzie. A potem stwier­dzi­łam, że tak może zostać. I tak, mam wię­cej Sza­dur­skie­go, ale to są cho­ler­nie świe­że tek­sty. No i nad książ­ką z nim pra­cu­ję :). Dzię­ki!

      Reply
      • 17 lutego 2018 at 13:37
        Permalink

        A to dzia­dy… nie lubię ogra­ni­czeń 🙁 Z chę­cią pozna­ła­bym lepiej Sza­dur­skie­go, a przede wszyst­kim jego tok myśle­nia. 🙂

        Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *