Lubię deszcz. Już za dzieciaka uwielbiałam szlajać się po dworze w deszczu lub burzy. Dzisiaj odpalam laptopa, robię kawę z ekspresu, chociaż w ostatniej chwili decyduję się zastąpić ją karmelowym Chococino, odsłaniam firany i otwieram okno. W końcu jestem już starsza. Do pokoju wpływa zimne, ale orzeźwiające powietrze. Dźwięk uderzania kropel o szkło mnie uspakaja, podwaja moje skupienie, nie muszę wkładać słuchawek do uszu.
Obok siedzi Joker. Patrzy na okno. Na to, jak grad w lipcu roztrzaskuje się o ramy okna. Joker zmienia zdanie i przenosi się na parapet. Ledwo się mieści, ale siada i obserwuje. W pewnej chwili chcę przystanąć przy nim. Bronię się przed tym, chociaż łapię się na tym, że zamiast pisać obserwuję przyrodę za oknem. Woda zdaje się podkreślać zieleń liści, nieprawdaż?
Zapisałam dwa akapity. Chococino ostygło. Grad ucichł, ale tylko pozornie. Po kolejnym zapisanym zdaniu uderzył zwiększoną siłą. Nie ważne. Moi bohaterowie czekają na rozwiązanie zagadki. W końcu muszę złapać mordercę! Ale to dudnienie…
Staję przy parapecie. Joker wtula mi się w klatkę piersiową. Patrzę i patrzę, jak deszcz z gradem ginie gdzieś w gąszczu krzaków za oknem. Czy to naprawdę lipiec? Zrobiło się chłodno. Założyłam bluzę i wróciłam do półpełnej szklanki z Chococino. Jokerowi spodobał się zapach, przy wąchaniu mnie szturchnął. Krople czekolady rozlały się pomiędzy moimi palcami. Nie ważne. Pozwoliłam mu je oblizać, poszłam umyć ręce i wróciłam do laptopa.
Mój organizm zastanawia się, czy to późny wieczór. Możliwe, abym przespała ten dzień? Ciemnych chmur zbiera się coraz więcej. Zagrzmiało. Co to za lato, do diabła? Ale staram się nie narzekać. Brzydka pogoda sprzyja siedzeniu przed laptopem, w końcu nie chce mi się biegać po plażach, lasach i innych sezonowych atrakcjach. Przecież nikt normalny nie myśli o świderkach albo gałkowych lodach – jest za zimno. Trzeba zadowolić się kawą.
Przez ułamek sekundy rozmyślam o straganiarzach i właścicielach pensjonatów, którzy z sezonu wakacyjnego się utrzymują. Mają przekichane z tą pogodą. Postanawiam o tym zapomnieć, bo na nowo skupiam się na scyzoryku nazistów. Skąd się tam wziął? Czy ktoś go podrzucił? Jeśli tak, to dlaczego i w jaki sposób? Szadurski staje przed trudnym zadaniem, tym bardziej, że zostało już tylko dwadzieścia cztery godziny na zamknięcie śledztwa. A może dwanaście? Muszę mu pomóc.
Kolejny grzmot. Joker sapie. Nie zakładam słuchawek, za bardzo kocham dźwięk piorunów. Z jednej strony żałuję, że burza nad morzem nie przypomina tej w Warszawie. Ale w końcu tak jest bezpieczniej. Woda odciąga niebezpieczeństwo.
Wyciągam papierosa z paczki. Zapalić? Rzucić palenie? Organizm tego pragnie, bo wie, że lepiej puszczać dymka w jesiennej aurze, niż w gorączce lata. Ale muszę skończyć scenę, jeszcze kilka słów, tu coś dopiszę, tam lepiej zakończę. No i otworzę nową scenę, bo lepiej się będzie do tego wracało. Tym bardziej, że nie lubię palić i pisać. Palenie to taka moja przerwa… od wszystkiego.
Za oknem wciąż pada, ale już mniej. Na horyzoncie wciąż utrzymują się szare chmury. Przypominają pięćdziesiąt odcieni szarości, ale zbyt mocno przywodzi to na myśl Greya. Więc zapominam o tym porównaniu i postanawiam zostawić to bez komentarza. Bo każdy z nas wie, jak wygląda świat podczas deszczu, prawda?
Zdjęcia z: pixabay.com





