Klucznik – darmowy fragment

Cześć! Z tego wzglę­du, że pra­ce nad redak­cją Klucz­ni­ka dobie­gły koń­ca pomy­śla­łam, że udo­stęp­nie na blo­gu dar­mo­wy frag­ment dru­giej czę­ści z Sza­dym. Zazna­czam, że pre­zen­to­wa­ny roz­dział jest jesz­cze przed korek­tą.  Życzę miłe­go czy­ta­nia! 🙂

 

 

MIEJSKI SURVIVAL

 

Dorzu­co­ne do ognia drew­no sycza­ło i trza­ska­ło. Szturch­ną­łem je kijem, żeby nie zga­sło – buch­nę­ło na mnie sza­rym dymem. Zaka­sła­łem. Zosta­wi­łem ogni­sko i potar­łem oczy. Kil­ka łez przy­nio­sło mi ulgę.

Bło­na sie­dział na kamie­niu i stru­gał kij­ki nożem myśliw­skim. Zakrzew­ski się uparł, żeby nakro­ić kieł­ba­sy, a Fry­dryk wró­cił ze swo­im młod­szym bra­tem, Fili­pem, z kolej­ną dosta­wą chru­stu. Dzię­ki uprzej­mo­ści moje­go wuj­ka Kazi­ka spę­dza­li­śmy week­end w lesie, z dale­ka od miej­skie­go zgieł­ku. Co praw­da pla­no­wa­łem inną wyciecz­kę – taką połą­czo­ną z polo­wa­niem, ale kum­ple się nie zgo­dzi­li. Szcze­gól­nie Fry­dryk się sprze­ci­wiał, nie chciał uczyć bra­ta prze­mo­cy. Nie kłó­ci­łem się z nim, cho­ciaż wie­dzia­łem, że osiem­na­sto­let­ni chło­pak wycho­wa­ny na grach kom­pu­te­ro­wych zna prze­moc lepiej od nas.

Fry­dryk wycią­gnął z bagaż­ni­ka po butel­ce wód­ki i whi­sky. Spoj­rzał na mnie, nie­ste­ty moje krę­ce­nie gło­wą go nie powstrzy­ma­ło.

– Chło­pa­ki, mie­li­śmy już nie pić – stwier­dzi­łem. – Jutro macie na rano do robo­ty, a jesz­cze trze­ba stąd doje­chać do Puc­ka.

Fry­dryk nale­wał do pla­sti­ko­wych kub­ków wód­kę, Zakrzew­ski uzu­peł­niał je pep­si.

– Daj spo­kój, naj­wy­żej się spóź­ni­my. Zresz­tą z Mecho­wa do Puc­ka mamy nie­ca­łe pięt­na­ście minut dro­gi – odpo­wie­dział Fry­dryk i wrę­czył mi kubek z jac­kiem daniel’sem. – Poje­dzie­my z same­go rana, wsta­nie­my o pią­tej, i zdą­ży­my. A ty masz urlop, więc odle­żysz kaca.

Nie mia­łem szans prze­mó­wić im do rozu­mu, bo już opróż­ni­li kub­ki. Zro­bi­łem to samo, dzię­ki cze­mu roz­grza­łem żołą­dek. Wzro­kiem odszu­ka­łem Fili­pa. Sie­dział na krze­śle węd­kar­skim przy ogni­sku i piekł kieł­ba­sę. Rzad­ko widy­wa­łem dzie­cia­ka, dla­te­go dostrze­ga­łem zacho­dzą­ce w nim zmia­ny. Z tego wątłe­go i ane­micz­ne­go blon­dyn­ka, któ­ry bie­gał za nami pod­czas wsze­la­kich imprez, wyra­stał praw­dzi­wy męż­czy­zna. Wyrzeź­bił klat­kę pier­sio­wą i umię­śnił ramio­na oraz bar­ki. Cho­ciaż teraz ukry­wał to pod blu­zą i kurt­ką zimo­wą, zauwa­ży­łem. To samo z noga­mi: podej­rze­wa­łem, że bie­gał wię­cej ode mnie, żeby spa­lić tkan­kę tłusz­czo­wą i wypra­co­wać te mię­śnie. Tech­ni­kum mecha­nicz­ne naj­wy­raź­niej mu słu­ży­ło, bo poka­za­ło, że świat nie koń­czy się na kom­pu­te­rze.

Dołą­czy­li­śmy do Fili­pa. Nim się zorien­to­wa­łem, wybi­ła dru­ga w nocy. Obok naszych śmie­chów i gło­śnych roz­mów pano­wa­ła w lesie zło­wro­ga cisza. Gdzie­nie­gdzie uno­si­ła się mgła, któ­ra kła­nia­ła się, następ­nie roz­pły­wa­ła w bla­sku biją­cym od ogni­ska. Poza tym ota­cza­ją­ca ciem­ność jak­by zatrza­ski­wa­ła nas w klat­ce. Nawet za potrze­bą nie musie­li­śmy cho­dzić dale­ko: wystar­czy­ło zro­bić kil­ka kro­ków i scho­wać się za drze­wem. Bez­wietrz­na noc i okrą­gły księ­życ, któ­ry od cza­su do cza­su wyła­niał się zza chmur i przy­da­wał laso­wi nie­bie­ska­wej łuny, dopeł­nia­ły dobre­go kli­ma­tu.

Wokół pach­nia­ło palo­nym drew­nem, pie­czo­ny­mi kieł­ba­ska­mi i mokrą tra­wą. Wyczu­wa­łem też zapach świer­ku. Atmos­fe­ra spra­wi­ła, że prze­sta­łem wąt­pić w swój pomysł wypa­du do lasu w listo­pa­dzie.

Zakrzew­ski odpły­nął jako pierw­szy. Ponie­waż ważył ponad sto dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów, a nie mógł ustać na nogach, Fry­dryk i Bło­na się nad nim zli­to­wa­li: wzię­li go pod pachy i zacią­gnę­li do dom­ku.

– Czy wiesz, że to miej­sce jest prze­klę­te? – spy­tał Filip, na co pod­sko­czy­łem.

Cał­kiem o nim zapo­mnia­łem. Nie byłem przy­zwy­cza­jo­ny do trzeź­we­go i młod­sze­go towa­rzy­stwa na takich wypra­wach. Ale co zro­bić: obie­ca­li­śmy Fry­dry­ko­wi wyciecz­kę, a nikt nie prze­wi­dział, że w tym cza­sie jego rodzi­ce poja­dą na pogrzeb ciot­ki miesz­ka­ją­cej za gra­ni­cą.

– W pew­nym stop­niu wszyst­kie miej­sca są prze­klę­te – odpo­wie­dzia­łem i napi­łem się whi­sky.

Tyl­ko ona i doga­sa­ją­ce pło­mie­nie roz­grze­wa­ły mnie na tyle, żeby dobrze mi się sie­dzia­ło na pod­mo­kłej zie­mi – mimo tem­pe­ra­tu­ry bli­skiej zera. Opie­ra­łem się o prze­wró­co­ne drze­wo, któ­re­go mokra kora chło­dzi­ła mnie w ple­cy.

– Ale ten las ma szcze­gól­ną histo­rię, zaczę­ła się latem w osiem­dzie­sią­tym siód­mym – mówił wpa­trzo­ny w tele­fon. Ener­gicz­nie ude­rzał kciu­ka­mi w ekran, grał w wyści­gów­kę. War­kot roz­pę­dzo­ne­go auta prze­bi­jał się przez syczą­ce ogni­sko. – Ponoć zako­pa­no tutaj bar­dzo złe­go czło­wie­ka, któ­re­go nie­na­wiść jest tak sil­na, że zabi­ja każ­de­go, kto jest podat­ny na jej wpływ. Ata­ku­je tych słab­szych psy­chicz­nie.

Unio­słem brwi. Nagle odczu­łem złud­ne wra­że­nie bycia obser­wo­wa­nym. Zde­cy­do­wa­nie za dużo wypi­łem i teraz alko­hol otę­piał moje zmy­sły. Rozej­rza­łem się, i tak jak przy­pusz­cza­łem – nie dostrze­głem nic oprócz ciem­no­ści.

– Sły­sza­łem nawet, że ten las okrzyk­nię­to pol­skim lasem Aoki­ga­ha­ra. Jest zde­cy­do­wa­nie mniej­szy od tego w Japo­nii, bo roz­ta­cza się wyłącz­nie bli­sko gro­bu nie­zna­ne­go żoł­nie­rza, ale ponoć i tak pochło­nął porów­ny­wal­ną licz­bę samo­bój­ców. Część ludzi twier­dzi, że to wła­śnie nie­na­wiść tego żoł­nie­rza ścią­ga na innych nie­szczę­ścia.

Po ple­cach prze­szły mnie ciar­ki. Co się ze mną dzia­ło, do jasnej cho­le­ry? Opo­wieść dzie­cia­ka nie robi­ła na mnie spe­cjal­ne­go wra­że­nia, ale mimo wszyst­ko rozej­rza­łem się kolej­ny raz. Szu­ka­łem cze­goś. Albo pozo­sta­ło­ści po kimś. Czy ktoś stał za tam­tym drze­wem…? Za chwi­lę wyobra­żę sobie krzy­ki mor­do­wa­nych kobiet…

– Nie sły­sza­łeś o tym? – dopy­tał, a ja wzru­szy­łem ramio­na­mi. Prze­sta­łem dole­wać whi­sky do kub­ka, zamiast tego piłem pro­sto z butel­ki. – Roz­ma­wia­łem z bra­tem, potwier­dził, że w tej oko­li­cy docho­dzi do maso­wych samo­bójstw, szcze­gól­nie nasi­la się to w okre­sie let­nim. Myśla­łem, że jako kry­mi­nal­ny będziesz wie­dział znacz­nie wię­cej od Sław­ka.

– Nie­ko­niecz­nie, mło­dy. Jesz­cze rok temu pra­co­wa­łem w wydzia­le nar­ko­ty­ko­wym. Nie mia­łem za wie­le wspól­ne­go z tru­pa­mi, chy­ba że aku­rat peł­ni­łem dyżur. Nie­ste­ty, albo i ste­ty, w tym lesie po wisiel­ca jesz­cze nie byłem.

Zamkną­łem oczy, ujrza­łem sze­reg wisiel­ców. Ten smród roz­kła­da­ją­ce­go się cia­ła oraz odcho­dów w gaciach, otwar­te usta, któ­re chcia­ły zła­pać oddech. Sina skó­ra. Widok powie­szo­nych tru­pów nie bar­dzo mnie prze­ra­żał, raczej wku­rzał. Dener­wo­wa­łem się, że ludzie odbie­ra­li sobie życie. Jesz­cze tyle mie­li do zro­bie­nia, tyle do prze­ży­cia… Po co się pod­da­wać zamiast szu­kać inne­go roz­wią­za­nia? A może mnie wku­rza­li, bo sam kie­dyś byłem bli­sko popeł­nie­nia samo­bój­stwa? Po zagi­nię­ciu rodzi­ców…

W tym momen­cie z dom­ku wyszli Bło­na i Fry­dryk. Ten dru­gi był szcze­gól­nie nie­za­do­wo­lo­ny, bo gło­śno klął. Fry­dryk pod­szedł do ogni­ska i zaczął na nie sikać. Zauwa­ży­łem na jego koszul­ce roz­tar­te rzy­go­wi­ny.

– Koniec impre­zy – powie­dział, wciąż sika­jąc na żarzą­ce się drew­no. – Za nie­ca­łe trzy godzi­ny trze­ba wstać. Mło­dy, spa­daj do łóż­ka.

Filip pokrę­cił gło­wą, ale wstał, zło­żył krze­seł­ko i wziął pod pachę. Fry­dryk prze­stał obsi­ki­wać ogni­sko, zachwiał się pod­czas zapi­na­nia roz­por­ka. Ku moje­mu zdzi­wie­niu Filip go przy­trzy­mał.

– Uwa­żaj, gdzie sta­wiasz kro­ki – ostrzegł Filip, patrząc na śli­ma­ka peł­za­ją­ce­go bli­sko stóp bra­ta.

– Odwal się. – Fry­dryk go ode­pchnął. – O śli­ma­ka się boisz? Lubisz te wszyst­kie paro­nor­mal­ne histo­rie, jak­byś był opę­ta­ny, a boisz się o jakie­goś mię­cza­ka?

– Para­nor­mal­ne. Mówi się: para­nor­mal­ne. A ten śli­mak niko­mu nie zawi­nił.

– Oj, zamknij się, mądra­lo. – Fry­dryk nadep­nął na sko­rup­kę. Zachrzę­ści­ła pod pode­szwą, któ­rą krę­cił w miej­scu. – Idź spać, zanim mnie wku­rzysz. A jak chcesz bro­nić zwie­rzą­tek, to zapisz się do jakie­goś Greenpeace’u.

– Prę­dzej do Ani­mal­su. – Filip poma­chał ręką w dro­dze do dom­ku. – Sam też idź spać, bo wycho­dzi z cie­bie palant. Niby tak bar­dzo jesteś prze­ciw prze­mo­cy, a zabi­jasz małe stwo­rze­nie, któ­re nic ci nie zro­bi­ło. Total­ny buc.

– Stwo­rze­nie?! Zabi­cie śli­ma­ka to nie prze­moc, jasne?! To tak samo, jak­byś ubił muchę, któ­ra cię wku­rza! Śli­mak to nie pies, i sam jesteś palan­tem!

– Dobra, koniec impre­zy. – Bło­na zastą­pił dro­gę Fry­dry­ko­wi. – Pomóż tutaj posprzą­tać, i idzie­my spać. Sza­dy, ty też się rusz. Nie ma co zwle­kać.

Rzu­ci­łem Bło­nie poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. Nigdy wcze­śniej nie widzia­łem Fry­dry­ka takie­go poiry­to­wa­ne­go. Nie rozu­mia­łem też, po co zgniótł tego śli­ma­ka.

 

Źródło obrazków: unsplash.com oraz pgntree.com
Klucz­nik – dar­mo­wy frag­ment
Tagged on:                                                     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *