
Przed Wami ósma część z Szadym. Jeszcze dwie i koniec poniedziałków z kryminałem :)!
Zanim pojechałem na drugą misję do Iraku miałem żonę. Urodziło mi się dziecko. Piękna dziewczynka. Miała niebieskie oczy i śliczne, kręcone blond włosy. Kochałem ją jak nikogo na świecie. Byłem pewny, że nie muszę już latać helikopterem na froncie, bo w tej małej istocie zawierał się cały mój świat. Nawet nie wiesz, jak bardzo się pomyliłem. Nie wytrzymałem dłużej niż tydzień.
Aguś płakała co noc. Budziła się mniej więcej co godzinę. Moja żona, Wiesia, źle to znosiła. Chodziła nerwowa, niewyspana, wyładowywała się na mnie. Szady, mówię Ci, lepiej wyspać się na froncie niż przy niemowlaku. To się też odbijało na mnie. W końcu od kłótni do kłótni stwierdziliśmy, że jest mi potrzebny kolejny wyjazd na misję. Wyjechałem.
Kiedy wróciłem nie miałem już rodziny. Nikt na mnie nie czekał. Dom, który wybudowałem i gdzie posadziłem pierwsze drzewo, stał opustoszały. Nie było rzeczy Wiesi, ani Agusi. Wyprowadziły się, jak na złość do innego faceta. Bez słowa wytłumaczenia. Szady, wiesz jak to jest, kiedy osoba, którą kochasz odchodzi do innego? Chcesz, ale nie możesz jej zatrzymać? Czy wiesz, jak to jest być niewystarczającym? Starałem się do niej przemówić, ale było już za późno. Nie było mnie pół roku. Była w ciąży z drugim dzieckiem, ale już nie moim.
Nie dawało mi to spokoju. Częściej jeździłem na misje. Robiłem co mogłem, aby zapomnieć o tym rozdzierającym bólu w sercu. Zaliczałem pierwsze lepsze laski. Z żadną jednak się nie związałem. Chociaż była jedna… z nią mógłbym spróbować na nowo. Tak zresztą myślałem. Miałem wtedy trzydzieści trzy lata. Przecież całe życie przede mną, prawda?
Wspominam o tym na końcu, ale to moja pierwsza ofiara, chociaż wcześniej napisałem inaczej. Skłamałem. Długo wypierałem to wydarzenie z pamięci. Za bardzo cierpiałem, wręcz wiłem się z bólu na samo wspomnienie.
Tamtego dnia umarła ostatnia dobra cząstka mnie.
Szady, czy domyślasz się, co się stało?
Chrzęst łamanych gałęzi następował po kolei, niczym wystrzał z karabinu. Jedna złamała się tuż nad głową Szadego. Zdążył spojrzeć w górę i odskoczyć. Wielki konar zwalił się na radiowóz. Włączył się alarm. Szady się pochylił, próbując złapać oddech. Wiatr podcinał mu nogi. Z nieba lunął deszcz tak chłodny, że aż kuł. Założył kaptur.
- Szady!? – Daria wychyliła się z auta.
- Wracaj do domu! Jedź do domu, słyszysz?!
- A ty?!
- Jedź!!!
Daria wsiadła do auta i na wstecznym wyjechała na główną drogę. Przynajmniej taką miał nadzieję, bo słabiej widział przez załamującą się pogodę. Krople deszczu uderzając o ziemię, niemal natychmiast odparowywały. Nad trawą rozciągała się mgła.
Zwinęli się także policjanci z psami.
Fortuna krzyczał coś do swoich ludzi, którzy w popłochu próbowali przykryć i zabezpieczyć odkopane ciała. Nagle silny podmuch wiatru uniósł niebieską folię, którą trzymało dwóch technicznych w białych kombinezonach. Trzymając je za dwa końce stworzyli coś w rodzaju latawca, który uniósł ich pół metra nad ziemię. Puścili ją. Folia poleciała wysoko i zatrzymała się gdzieś na gałęziach.
- Co tu się, kurwa, dzieje?! – spytał Fortuna, zdejmując maskę z twarzy. – To chyba nie chwilowe załamanie pogody!
- Musimy zabezpieczyć ciała! – krzyknął Szady, próbując nie ugrzęznąć w błocie. Czuł jak z każdym krokiem zakopuje się głębiej. – Musimy znaleźć je wszystkie.
- Ale nie teraz! Teraz jest niebezpiecznie, Szady! Przepraszam, ale nie będę ryzykować życiem moich ludzi.
- Zostało ostatnie ciało!
- Nie Szady! Nie teraz! Musimy stąd odjechać! Nie widzisz co się dzieje?! – przekrzykiwał coraz bardziej szalejącą w okolicy wichurę i burzę. – Zaraz coś nas przygniecie.
- Gdzie jest ostatnie ciało!?
- Szady odpuść!!!
- Gdzie ono jest?!
Fortuna wskazał palcem na miejsce porośnięte grzybami. Szady wziął do ręki łopatę. To musiała być ona. Pierwsza ofiara.
- Szady! To niebezpieczne!
- Jedźcie stąd! – Wbił łopatę w ziemię. – Jedźcie stąd, a ja przypilnuje ciał!
Głośny huk zdawał się wyprzedzić błysk. Szady wiedział, że to niemożliwe, ale takie właśnie miał wrażenie. Ziemia zadrżała. Włączyły się alarmy wszystkich radiowozów. Dopiero kiedy usłyszał hałas pękającego drewna zrozumiał o co chodzi. Piorun uderzył w świerk, który złamał się w pół. Spadał wprost na Szadego.


No, to zakończyłaś w najbardziej nieoczekiwanym miejscu.
Czekam na ciąg dalszy 🙂