Czerwony lód – fragment

Cześć! Ponie­waż w tym tygo­dniu ruszy­ła przed­sprze­daż książ­ki, zro­zu­mia­łam, że nie mogę Was zosta­wić z pusty­mi ręko­ma! Poni­żej pre­zen­tu­ję pierw­szy roz­dział powie­ści “Czer­wo­ny Lód”.

 

UROKI  PRACY  W  POLICJI

 

            Pół­noc o róż­nych porach roku wyglą­da ina­czej. Latem zwia­stu­je kło­po­ty. Docho­dzi do kra­dzie­ży, pobić, zagi­nięć. Na nic zda­je się tech­no­lo­gia XXI wie­ku, gdy ludzie zapa­da­ją się pod zie­mię, a samo­cho­dy roz­pły­wa­ją w powie­trzu. Jesie­nią pach­nie oło­wiem, obcią­ża powie­ki, spra­wia ból w krę­go­słu­pie od ślę­cze­nia przy rapor­tach, albo od spa­nia w służ­bo­wym samo­cho­dzie. Zimą, mimo mro­ku, bawi się w mala­rza, przy­ozda­bia biel krwa­wy­mi pla­ma­mi lepiej od Picas­sa. Echem roz­no­si trza­ski gnie­cio­nych blach nie­ostroż­nych kie­row­ców, szczy­pie w zzięb­nię­te koń­czy­ny. Pozba­wia czuj­no­ści.

            Wio­sną pół­noc przy­po­mi­na samot­ną i pija­ną kobie­tę w barze. Bywa nie­obli­czal­na: raz sza­ra – raz kolo­ro­wa; cie­pła lub chłod­na. Mil­czy, by zaraz ude­rzyć hukiem poci­sku wystrze­lo­ne­go tuż przy uchu… W wio­sen­nej pół­no­cy nie ma nic prze­wi­dy­wal­ne­go. Tak jak dzi­siej­szej nocy – wraz z poja­wie­niem się czte­rech zer na zegar­ku myśla­łem o uciecz­ce na bez­lud­ną wyspę. Ten ostat­ni week­end kwiet­nia mnie nie oszczę­dzał.

            Nabie­ga­łem się po bagnach, lasach, krza­kach i szo­sach. Nie pamię­tam ile zro­bi­łem kilo­me­trów, ale ból w nogach naka­zał mi twier­dzić, że wię­cej niż zwy­kle. Powo­li mar­twi­łem się o dro­gę powrot­ną, zosta­wi­łem służ­bo­wą bra­vę dale­ko za wnie­sie­niem – oko­ło trzy godzi­ny pie­cho­tą stąd. Oddech zamie­niał się w parę. Mokre od potu ubra­nie przy­kle­iło mi się do skó­ry. Śmier­dzia­łem. Nie lubi­łem tej czę­ści pra­cy w poli­cji. Żyłem tym, że za pół godzi­ny powin­no być po wszyst­kim, jeśli infor­ma­tor nie nabił nas w butel­kę.

            Mimo zmę­cze­nia i prze­mar­z­nię­cia byłem w lep­szej sytu­acji od swo­je­go part­ne­ra, któ­ry ubio­rem pomy­lił poli­cyj­ną akcję z rand­ką. Idio­ta zało­żył skó­rza­ną kurt­kę, dżin­sy i lakier­ki. Zatrzy­ma­łem się na skrzy­żo­wa­niu trak­tów tury­stycz­nych gdzieś w głę­bi lasu.

            – Sza­dy, jeste­śmy na miej­scu? – Bło­na chu­chał na dło­nie.

            Na odczep­ne­go ski­ną­łem gło­wą. Dro­gę spo­wi­ja­ła gęsta mgła, dobry sprzy­mie­rze­niec akcji w tere­nie. Gdy­by podej­rza­ny wybrał tę ścież­kę, mogli­by­śmy go tro­pić, zacho­wu­jąc niskie ryzy­ko, że nas zde­ma­sku­je.

            Bło­na szczę­kał zęba­mi coraz gło­śniej. Dla uspo­ko­je­nia wła­sne­go sumie­nia odda­łem mu ręka­wicz­ki.

            – Myślę, że przyj­dzie albo z tej, albo z tam­tej stro­ny. – Wska­za­łem na wschód, póź­niej na zachód. – Jeśli tu pocze­ka­my, powin­ni­śmy na nie­go tra­fić. To dobre miej­sce. Tyl­ko zrób coś ze swo­ją szczę­ką. Możesz prze­stać? Przy takiej gęsto­ści powie­trza dźwię­ki szyb­ko się roz­cho­dzą.

            Bło­na popu­kał się w czo­ło, na co prze­wró­ci­łem ocza­mi. Cza­sem mia­łem dość jego dzie­cin­nych zagry­wek. Dla pew­no­ści pocią­gną­łem go za drze­wa.

            – Jak ja nie­na­wi­dzę dyżu­rów.

            – Bło­na, zamknij się, bo nas usły­szy.

            – Łazi­my po tych lasach od wie­ków. W życiu nie zda­wa­łem sobie spra­wy, że ten rezer­wat może mieć taką powierzch­nię. Ile kilo­sów zro­bi­li­śmy? Dwa­dzie­ścia? Jeny, jest tak zim­no, że wło­sy na mojej dupie sku­ły się lodem.

            Usły­sza­łem coś. Piśnię­cie, czy skrzyp­nię­cie sta­rej sprę­ży­ny.

            – To nawet nie nasza akcja – kon­ty­nu­ował Bło­na.

            – Zamknij się – naka­za­łem i ude­rzy­łem go lek­ko. Musia­ło jed­nak zabo­leć, bo syk­nął i roz­ma­so­wy­wał ramię. Bez prze­sa­dy, aż takiej siły nie uży­łem.

            Mgła opa­dła i stę­ża­ła, nasza widocz­ność ogra­ni­czy­ła się do dwóch‑trzech metrów. Od sta­nia w miej­scu zro­bi­ło się chłod­niej. Prze­stra­szy­łem się, że Bło­na dosta­nie hipo­ter­mii, tak bar­dzo się trząsł.

            Pisz­cze­nie sprzed kil­ku minut zro­bi­ło się wyraź­niej­sze i powra­ca­ło w regu­lar­nych odstę­pach. Bło­na odwró­cił się za sie­bie. Ten dźwięk przy­po­mi­nał nie­na­oli­wio­ny łań­cuch suną­cy po zębat­ce.

            Dużo się nie pomy­li­łem. Z pół­noc­nej dro­gi wyje­chał na skła­da­ku podej­rza­ny pasu­ją­cy do ryso­pi­su poda­ne­go przez gru­pę del­ta. Skry­li­śmy się za drze­wem. Tuż obok nas prze­je­chał prze­ro­śnię­ty męż­czy­zna w czar­nych ubra­niach i czap­ce. Rower z każ­dym obro­tem peda­łów wygi­nał się w róż­ne stro­ny, cały zda­wał się zespa­wa­ny na szyb­ko z zardze­wia­łych czę­ści. Pocze­ka­li­śmy, aż się odda­li i ruszy­li­śmy za czer­wo­nym świa­teł­kiem na tyle rowe­ru.

            Truch­ta­li­śmy. Nie zdą­ży­li­śmy dobrze minąć skrzy­żo­wa­nia, a Bło­na potknął się o wysta­ją­cy korzeń. Prze­klął. Gło­śno. W mgnie­niu oka zamar­łem. Rower odda­lał się – zni­kał we mgle.

            – Nic nie usły­szał? – spy­tał Bło­na. – Jakim cudem?

            – Chy­ba ma słu­chaw­ki. – Wró­ci­łem do bie­gu. – Musi je mieć, albo mamy po spra­wie.

            – Któ­ry zło­dziej bie­rze ze sobą słu­chaw­ki na akcję w środ­ku nocy?

            – Chodź. Dogo­ni­my go, a resz­ta wyj­dzie w pra­niu. Sie­ma, sta­ry – mówi­łem już przez tele­fon do lide­ra gru­py dru­giej – zbli­ża­my się w waszą stro­nę. Widzi­my podej­rza­ne­go, poru­sza się na skła­da­ku. Naj­praw­do­po­dob­niej ma słu­chaw­ki na uszach, ale i tak zacho­wu­je­my bez­piecz­ny dystans. Przy­go­tuj­cie się.

            – Zro­zu­mia­łem – odpo­wie­dział i roz­łą­czył się.

            Po kilo­me­trze mia­łem wra­że­nie, że eks­plo­du­ją mi mię­śnie w udach i łyd­kach. Nawet kark i szy­ja pali­ły od bólu. Sta­ra­łem się roz­luź­nić, pomóc sobie masa­żem szyi, ale w bie­gu nie było to łatwe. Na moje szczę­ście to uczu­cie minę­ło po kolej­nym kilo­me­trze. Uda­ło mi się usta­bi­li­zo­wać oddech. Bło­na biegł po gor­szej stro­nie, gdzie kęp­ki tra­wy i dziu­ry pię­trzy­ły się jed­na za dru­gą. Wola­łem nie wyobra­żać sobie, co on w tej chwi­li czu­je.

            Mgła opa­dła do kostek. Widocz­ność się polep­szy­ła, tak że zwięk­szy­li­śmy odle­głość od rowe­ru. Bie­gli­śmy po obu stro­nach dro­gi, żeby w razie pro­ble­mu scho­wać się za drze­wa­mi, ale podej­rza­ny zda­wał się nie czuć zagro­że­nia. Jechał przed sie­bie, pod­ska­ku­jąc na sio­deł­ku z każ­dym naje­cha­niem na dziu­rę lub kamień. Z mojej per­spek­ty­wy wyglą­dał tak, jak­by ukradł dziew­czyn­ce pre­zent komu­nij­ny.

            Na jed­nym z licz­nych skrzy­żo­wań zwró­ci­łem uwa­gę na ciem­ne samo­cho­dy zapar­ko­wa­ne na leśnym par­kin­gu. Obok nich sta­ło trzech szem­ra­nych typów zwró­co­nych w naszą stro­nę. Przy­po­mi­na­ło to typo­wą trans­ak­cję nar­ko­ty­ko­wą, ale nie mogłem porzu­cić podej­rza­ne­go aż do punk­tu zmia­ny. Dzi­siaj naj­waż­niej­sza była dla mnie ta spra­wa. I wca­le nie poma­ga­ła myśl, że te typ­ki pew­nie wzię­ły nas za idio­tów.

            Minę­li­śmy rów­ne trzy kilo­me­try. Mogłem zwol­nić. Zła­pa­łem też Bło­nę, aby się zatrzy­mał. Mach­ną­łem dwo­ma pal­ca­mi przed sobą i sta­ną­łem. Z rowu zerwa­ło się dwóch kum­pli w czar­nych uni­for­mach. Prze­ka­za­li­śmy pałecz­kę gru­pie dru­giej, teraz oni śle­dzi­li podej­rza­ne­go. Mogli­śmy odpo­cząć.

            Bło­na cup­nął na powa­lo­ne drze­wo, a ja przy­sta­ną­łem przy nim. Żało­wa­łem, że nie wystę­po­wa­łem w ame­ry­kań­skim seria­lu. Tam poli­cjan­ci wozi­li się dro­gi­mi samo­cho­da­mi, mie­li wspar­cie, szpie­gow­skie gadże­ty. W Pol­sce uże­ra­łem się z cię­cia­mi budże­to­wy­mi.

            Posie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu dobre dzie­sięć minut. Bło­na palił papie­ro­sy i pluł na zie­mię, a ja szu­ka­łem zasię­gu, żeby spraw­dzić wia­do­mo­ści. W koń­cu mi się znu­dzi­ło, więc rozej­rza­łem się po oko­li­cy. Zauwa­ży­łem pochy­lo­ne drze­wo, pod­trzy­mu­ją­ce się na gałę­zi inne­go. Koja­rzy­łem to miej­sce.

            – Idzie­my. – Pokle­pa­łem Bło­nę po ple­cach i zagłę­bi­łem się w las.

            – Ty… Dokąd? – spy­tał, idąc za mną. – Prze­cież wiesz, że powin­ni­śmy cze­kać na dal­sze wytycz­ne.

            – Nie­da­le­ko stąd jest szo­pa. Za gów­nia­rza jeź­dzi­łem tu z ojcem i dziad­kiem na polo­wa­nia. Dzia­dek uczył mnie strze­la­nia, bo wie­rzył, że kie­dyś mi się to przy­da. Miał fio­ła na punk­cie wybu­chu trze­ciej woj­ny świa­to­wej. Chciał być pew­ny, że zacią­gnę się do woj­ska i robił wszyst­ko, żeby mnie ku temu skło­nić. – Prze­sko­czy­łem przez stru­myk i pocze­ka­łem na Bło­nę. – I się zacią­gną­łem. Byłem w żan­dar­me­rii w War­sza­wie przez trzy mie­sią­ce, do cza­su śmier­ci dziad­ka.

            Wyszli­śmy na pola­nę. Ujrza­łem przed sobą szo­pę w opła­ka­nym sta­nie, z zapad­nię­tym dachem i powy­bi­ja­ny­mi okna­mi. Spo­dzie­wa­łem się tego. Stąd widzia­łem ciem­ne pla­my po kul­kach z paint­bal­lu. Mogłem też odczy­tać napis: „Pie­przyć Pol­ski żąd!” Szko­da, że gra­fi­cia­rza nie wyuczy­ła lepiej polo­nist­ka. Robiąc krok w zaro­śla, kop­ną­łem w pustą butel­kę po taniej wód­ce.

            – Sza­dy, ja tu pocze­kam – oznaj­mił Bło­na. – Wolę zamar­z­nąć niż umrzeć przy­gnie­cio­ny gru­zem. Chcesz zoba­czyć szo­pę, nie ma pro­ble­mu. Ale ja tu zosta­ję.

            Przy­siadł na pień­ku. Przez chwi­lę patrzy­łem, jak pocie­ra nogi, ale w koń­cu ruszy­łem do szo­py. Skry­wa­ła dużo wspo­mnień. Nie dosze­dłem jed­nak dale­ko, bo zatrzy­mał mnie utwór Bru­ises Unlo­co z tele­fo­nu Bło­ny.

            – To gru­pa trze­cia – stwier­dził i ode­brał na gło­śno­mó­wią­cym. – Co jest?

            – Podej­rza­ny nam uciekł! Powta­rzam, podej­rza­ny uciekł!

            Bło­na spoj­rzał na mnie ze ścią­gnię­ty­mi brwia­mi. Mi tak­że nie chcia­ło się dłu­żej bie­gać. Marzy­łem o gorą­cej kąpie­li.

            – Podej­rza­ny porzu­cił fan­ty i rower! – krzy­czał dalej lider gru­py trze­ciej. – Poru­sza się pie­cho­tą. Jak na takie ciel­sko, sku­ba­niec szyb­ko bie­ga! – Zatrzesz­cza­ło w słu­chaw­ce od jego sapa­nia. – Cho­le­ra! Chy­ba go zgu­bi­li­śmy.

            Mia­łem zamiar się ode­zwać, kie­dy pocią­gnął wątek:

            – Nie! Jest, zna­la­złem go! Bie­gnie na wschód! Sza­dy, Bło­na, podej­rza­ny bie­gnie w waszą stro­nę! – I tyle, jeśli cho­dzi o nie­uży­wa­nie nazwisk pod­czas łapa­nek.

            – Cze­ka­my w pogo­to­wiu – odpo­wie­dział Bło­na i zmarsz­czył nos.

            – Jak przyj­dzie nam wal­czyć, to zostaw to mi, jasne? Nie mam zamia­ru jesz­cze cie­bie reani­mo­wać w… – nie dokoń­czy­łem, bo z lasu wybie­gła czar­na postać z latar­ką. – Cho­le­ra. Zostań tu.

            Pobie­głem sku­lo­ny do szo­py, uwa­ża­jąc na poroz­rzu­ca­ne śmie­ci. Podej­rza­ny znik­nął mi z oczu. Przy­war­łem do ścia­ny i wstrzy­ma­łem oddech. Spraw­dzi­łem, czy mam broń przy pasku, ale jesz­cze jej nie wycią­gną­łem. Odcze­ka­łem kil­ka sekund i naj­ci­szej jak umia­łem – dosze­dłem do drzwi. Zaj­rza­łem przez szpa­rę. Nicze­go nie zauwa­ży­łem. Przy­kuc­ną­łem.

            Już chcia­łem powtó­rzyć czyn­ność, gdy z wnę­trza szo­py usły­sza­łem ostre prze­kleń­stwa. Podej­rza­ny tam był. Się­gną­łem do kabu­ry, powo­li wycią­gną­łem wal­the­ra. Raz. Dwa…

            Bru­ises wyrwa­ło mnie z ryt­mu. Zdą­ży­łem się­gnąć do kie­sze­ni kurt­ki, zanim zda­łem sobie spra­wę, że to nie ja naro­bi­łem hała­su. Bło­na stał na rogu szo­py i wyłą­czał dzwo­nek. Cze­mu wcze­śniej nie wyci­szył tele­fo­nu?!

            Zatrzesz­cza­ły drzwicz­ki.

            – Bło­na, bie­gnij, z tam­tej stro­ny! Bie­gnij, już!!!

            Scho­wa­łem wal­the­ra, gdyż pości­gi z bro­nią w ręce za czę­sto koń­czy­ły się nie­kon­tro­lo­wa­nym wystrza­łem, i wbie­głem do szo­py z włą­czo­ną latar­ką. Cudem omi­ną­łem zwi­sa­ją­cą z sufi­tu deskę. Mgła na pola­nie nie poma­ga­ła w goni­twie, była gęst­sza niż wcze­śniej. Na szczę­ście podej­rza­ny nie wyłą­czył swo­jej latar­ki. Pobie­głem za nim, nie oglą­da­jąc się za Bło­ną, któ­ry spie­przył akcję.

            Dobrze, że w genach otrzy­ma­łem wyso­ki wzrost. W pod­sta­wów­ce nie lubi­łem być wyso­ki, za bar­dzo się wyróż­nia­łem chu­dy­mi noga­mi, ale z cza­sem kom­pleks zamie­ni­łem w zale­tę – wyrzeź­bi­łem mię­śnie i nauczy­łem się spraw­nie bie­gać. Wbie­głem w las, prze­sko­czy­łem przez stru­myk, omi­ną­łem powa­lo­ne drze­wa i obie­głem bagno, w któ­re wpadł podej­rza­ny. Kie­dy taplał się w mie­liź­nie, pró­bu­jąc z niej wyjść, zmniej­szy­łem dzie­lą­cą nas odle­głość.

            – Buli, prze­stań ucie­kać! Już po wszyst­kim! Jesteś zatrzy­ma­ny!

            W momen­cie gdy odzy­ski­wał grunt pod noga­mi, zagro­dzi­łem mu dro­gę. Zamach­nął się, ale się uchy­li­łem i ude­rzy­łem go sier­po­wym w oko­li­cę prze­po­ny. Buli wal­czył o oddech z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Się­gną­łem za pas po kaj­dan­ki, ale ich nie mia­łem – musia­łem zosta­wić je w aucie. Bło­ny też nigdzie nie widzia­łem.

            Buli odzy­skał oddech szyb­ciej niż zakła­da­łem. Rzu­cił się na mnie swo­im ciel­skiem. Sta­ra­łem się wyko­rzy­stać jego wła­sną siłę i prze­rzu­cić go za sie­bie, ale przez bło­to na jego ubra­niach – wyśli­zgnął mi się. Chwy­cił mnie w oko­li­cy ud – tra­fi­łem go łok­ciem w kark, ale i tak mnie prze­wró­cił. Upa­dłem na ple­cy, wysta­ją­cy korzeń cisnął mi się pomię­dzy łopat­ki. Buli usiadł okra­kiem na moim brzu­chu. Nie mia­łem cza­su, żeby się nad sobą uża­lać. Zasła­nia­łem twarz przed pię­ścia­mi, któ­re ude­rza­ły w moje przed­ra­mio­na jak młot pneu­ma­tycz­ny w asfalt.

            Zamkną­łem oczy i liczy­łem. Zna­la­złem moment, w któ­rym cio­sy Bulie­go zwol­ni­ły. Wyko­rzy­sta­łem to i ude­rzy­łem go dwa razy w nos. Coś chrup­nę­ło, ale nie byłem pewien, czy to przy­pad­kiem nie moje kości. Po tych cio­sach gło­wa Bulie­go odsko­czy­ła, więc zła­pa­łem go w oko­li­cy tor­su i rzu­ci­łem na bok. Zaczę­li­śmy się szar­pać. Podej­rza­ny ważył co naj­mniej sto dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów – cięż­ko dyszał, ale ude­rze­nia miał moc­ne. Wyczu­łem to, gdy wal­nął mnie w żebra.

            Sprze­da­łem mu kolej­ne cio­sy – tym razem w skroń, nie zwa­ża­jąc na ból kostek u rąk. Tro­chę go ogłu­szy­łem, dzię­ki cze­mu zyska­łem na cza­sie. Odwró­ci­łem podej­rza­ne­go na bok i zła­pa­łem za gar­dło. Zasto­so­wa­łem dźwi­gnię. Tłu­ścioch – mimo że blo­ko­wa­łem mu dostęp do tle­nu – zaczął się mio­tać. Tra­fiał mnie łok­cia­mi, gdzie popad­nie.

            – Dobra, Sza­dy, puść go! – krzyk­nął Bło­na z pisto­le­tem przy­go­to­wa­nym do strza­łu. – Sza­dy! Mamy go! Sza­dy, bo go udu­sisz!

            Polu­zo­wa­łem ucisk. Podej­rza­ny zachły­snął się powie­trzem. Wie­dzia­łem, że z dusze­niem trze­ba uwa­żać, jed­nak nie mogłem prze­stać. To był napraw­dę dłu­gi i cięż­ki dzień.

            Bło­na podał mi kaj­dan­ki, sku­łem Bulie­mu ręce za ple­ca­mi. Dla jego bez­pie­czeń­stwa, nie swo­je­go.

            – Gdzieś ty był, do cho­le­ry?!

            – Wypie­przy­łem się przy stru­my­ku i stra­ci­łem orien­ta­cję. Nie bie­gam tak jak ty. – Bło­na zadzwo­nił do dyżur­ne­go na gło­śno­mó­wią­cym. – Koniec akcji, zatrzy­ma­li­śmy podej­rza­ne­go.

            Dźwi­gną­łem się z klę­czek, aby otrze­pać się z tra­wy, bło­ta i pia­sku. Część bar­dziej roz­ma­zy­wa­łem po spodniach.

            – Prze­każ­cie podej­rza­ne­go naj­bliż­szej gru­pie i udaj­cie się na miej­sce zda­rze­nia do Sze­le­wa – odpo­wie­dział dyżur­ny. – Oddzwoń­cie z samo­cho­du.

Czer­wo­ny lód – frag­ment
Tagged on:                             

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *