
Zainspirowana zadaniem, które otrzymałam w newsletterze od Marty Łysek, postanowiłam je wykonać. Tak powstała ta bajeczka o Czarownicy…
Nie tak dawno temu, bo zaledwie kilka lat temu żyła sobie niczego nieświadoma Czarownica. Od trzynastego roku życia, kiedy to komputery nie były tak popularne, spędzała czas przy kartkach papieru i magnetofonie. Do pisania używała starych, zeszłorocznych szkolnych zeszytów, z których wyrywała kartki, aby ich nie marnować. W magnetofonie puszczała kasety z nagraniami z radia, bądź ulubioną w ten czas płytę: Linkin Park. Jedna piosenka po drugiej sprawiały, że słowa zamieniały się w historie.
Czarownica nie przejmowała się składnią, nie zastanawiała się nad bohaterami, nad światem, nad prawdopodobieństwem zdarzeń. Nigdy nie przypuszczała, że cokolwiek z jej pióra ujrzy światło dzienne, więc tak zapisywała strony, aż przychodziła prawdziwa królowa, Mamolica. Wystarczyło, aby krzyknęła kilka razy, żeby Czarownica posłuchała i pokornie poszła do łóżka. Oczywiście w łóżku nie spała, bo dalej odtwarzała w głowie tworzone opowieści.

Ten okres trwał kilka lat, do czasu technikum, kiedy to dziecięce fantazje Czarownicy zmiotło z powierzchni ziemi życie. Musiała się dostosowywać do ludzi, szukała akceptacji, w wolnych momentach czytywała książki, bądź pisywała swoje powieści, lecz nadal nie traktowała tego poważnie. Bardziej zajmowała się towarzystwem i szukaniem akceptacji, o jej planach napisania książki wiedzieli nieliczni, ale i oni z czasem wątpili w Czarownicę.
Przecież ile można pisać? Ile czasu będziesz czekać na odpowiedź od wydawców? Przecież to się nie uda! Zabierz się za poważną pracę! – tak w większości krzyczała Mamolica i większość przyjaciół. Mieli rację. Czarownica potrzebowała prawdziwej pracy, a nie klepania w klawiaturę. Przecież z pisywania do szuflady niczego się nie zarobi – powtarzała.
No, ale Czarownica w głębi duszy się nie poddawała. Ze swoim charakterem i upartością zaczęła przykładać się do pisania. Napisała powieść. Ucieszona tym faktem przygotowywała się do wysłania powieści do wydawnictw, ale wtedy… Bęc. Nieoczekiwanie w komputerze spalił się dysk twardy. I nie, nie, to jeszcze nie były czasy, gdzie te wszystkie kopie zapasowe były takie popularne. O nie, to wszystko jeszcze raczkowało, więc Czarownica została z niczym. A raczej z marną kopią manuskryptu na poczcie, której brakowało ponad połowy tekstu.

Zrezygnowana odpuściła. Na dobry rok czasu. Później napisała byle jaką powieść, wysłała i odpowiedzi się nie doczekała. Czarownica się nie dziwiła. Ta wersja była beznadziejna i miała zbyt wiele dziur, aby ktokolwiek przebrnął chociaż przez pierwszą stronę. Czarownica później też nie potrafiła. Po latach do tej powieści usiadła i już po kilku zdaniach spaliła się ze wstydu. Nie dowierzała, że to wytwór jej wyobraźni. Postaci niedopracowane, imiona udziwnione, aż sama miała problem, aby ich rozróżnić, miejsca akcji nieścisłe, bardzo często niezrozumiałe. Czarownica jednak dalej się nie poddawała. Chciała to przeczytać, aby zmotywować się do działania. Bo potrzebowała kopa, a brak odzewu od wydawnictw wcale jej go nie dodawał.
Przez cały ten czas przy Czarownicy był Aniołek i Diabełek. Aniołek powtarzał, aby uwierzyła w siebie, bo wszystko jest na dobrej drodze. Diabełek powtarzał, że to beznadziejne, że brakuje jej warsztatu, bo pomysły może są fajne, ale Czarownico…! No weź ty się w garść. Z czym do ludu?! Te zdania, błędy, te logiczne przeoczenia. Daj sobie lepiej spokój z tym pisaniem! I tak nigdy nie wydasz książki.
I czy te szepty coś dały?
Czarownicy spodobało się zakończenie swojej powieści i na tym poprzestała, posłuchała Diabełka. Kiedy pomyślała, że ma pisać od nowa po czterysta stron – zrezygnowała. Nagle przestała widzieć dla siebie miejsce w tym świecie, powtarzała sobie, że to nie dla niej. No bo jak? Przecież inni pisarze są lepsi, bardziej zorganizowani, zdeterminowani: Czarownica wbrew pozorom nie posiadała takich cech. O nie, ona wolała imprezy, znajomych, szaleństwa. Zbierała wspomnienia.

Aż nagle, pewnego dnia, cały jej świat się zawalił. Przyjaciele, na których liczyła się odwrócili. Została sama, ze swoim bólem i tym zdarzeniem, jednym jedynym, które zmieniło ją o sto osiemdziesiąt stopni. Przestała pracować, pisać, przestała czytać. Zajęła się dłubaniem w glinie, tworzyła maski, z których zaczynała być coraz bardziej dumna. Poznawała jak działa glina, jak bawić się pędzlami, co można łączyć ze sobą i w jaki sposób. Zajmowała się tym, co dawało jej jedyne ukojenie. Potrzebowała tego czasu, aby wyleczyć rany.
Czarownica potrzebowała roku. W tym czasie zmierzyła się z własnymi demonami, odzyskała poczucie własnej wartości. Wreszcie wstała z piasku w piekielnych czeluściach i ruszyła ku światłu. Zrozumiała, że tylko ona jest odpowiedzialna za swoje życie. Nie inni, nie ci co są przeciwko niej, co o niej plotkują, chociaż jej nie znają. Oni mogą tam zostać. Czarownica nie zamierzała dawać im poczucia wyższości, bo przecież wiedziała, gdzieś tam głęboko w sobie wiedziała: że ona też ma jakieś znaczenie.
Nie odpuściła. Podniosła się, chociaż mięśnie ud ją bolały, w kolanach jej strzelało, w kręgosłupie łupało. Nie poddała się. Zaparła się na rękach i z zaciśniętymi zębami podniosła się z tego palącego piasku. Nie zważała na to, że wsypywał jej się do butów i drażnił w gołe stopy. Po prostu nastawiona na cel zapomniała o bólu. Liczyła, że w ostateczności zniknie, po kilku dniach, tygodniach, latach, ale odejdzie w zapomnienie.

Tak też się stało. Czarownica poszła do innej pracy, stamtąd trafiła do jeszcze innej. Nie chciała się zakorzenić. Nie szukała ostoi, przyjaciół, nie chciała zawiązywać więzi: tego postanowienia nie dotrzymała. Życie pokazało Czarownicy, że każdy zasługuje na przyjaciół. Ostatecznie z tej „porażki” była dumna, bo to dało jej nadzieję. Napoiło jej spragnioną duszę nadzieją na lepszą przyszłość.
Więc Czarownica wzięła się w garść. Chciała żyć dla tych, których kocha, i dla tych, dzięki którym uśmiech gościł na jej twarzy. Zapomniała o przykrościach. Ale wzięła też sobie słowa Diabełka do serca.
Pracowała średnio po dwieście godzin w miesiącu, każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie poradników i książek. Analizowała inne powieści, poszukiwała swojego głosu, zastanawiała się jaką opowieść chciałaby napisać. Tak, wtedy odrodziła się w niej powieść z dzieciństwa, ta która była spisywana na kartkach przy magnetofonie, a później znalazła się na komputerze i zniknęła wraz z dyskiem twardym. Dokładnie ta odrodziła się w jej głowie i została spisana na nowo. Czarownica nie liczyła stron, nie zastanawiała się ile drogi jeszcze przed nią. Po prostu korzystała z nowego doświadczenia i stawiała kolejne, stumilowe kroki.

Tak punkt po punkcie zrealizowała swój cel. Czarownica napisała Legion Żywiołów. Przed wysłaniem ich do wydawnictw pokazała go innej pisarce, ta pomogła jej znaleźć pomoc sprzątającą i w ten sposób przeszła mini kurs podczas redakcji. Czarownica miała obok siebie osobę, dzięki której mogła pójść na skróty. Ale to przecież nic złego, prawda? Swoje demony i smoki Czarownica już pokonała, a jeszcze wiele przeszkód na nią czyhało, więc te parę miesięcy pracy nad Legionem wykorzystała, to pomogło jej rozwinąć skrzydła. Te skrzydła z białymi, a nie czarnymi piórkami.
Zaufała sobie. Napisała kolejną i kolejną powieść. Czarownica nie potrzebowała w danym momencie poklasku, potrzebowała się uczyć, rozwijać swój warsztat.
Była zadowolona, bo wszystko się układało. Nie zawsze było kolorowo, czasem miewała wątpliwości, bo przecież: Kto będzie chciał czytać Czarownicę? No kto sięgnie po jej gryzdoły? Albo kto je wyda? Przecież ona się do niczego nie nadaje, tak powtarzała w głowie słowa Diabełka, ale się nie zatrzymywała i dawała z siebie wszystko przy każdej kolejnej książce. Bo Czarownica miała zbyt ostry temperament, jej charakter sprawiał, że przeciwności motywowały ją do działania. Im bardziej ktoś kopał ją w tyłek, tym bardziej zbierała się w sobie i zabierała mocniej do pracy. Odrzucenia, kilkanaście nieprzyjemnych sytuacji, brak wsparcia: to się dla Czarownicy nie liczyło. Dla niej liczył się ten wewnętrzny głos Aniołka, który podpowiadał jej co ma robić i bez czego nie może żyć.
Właśnie dzięki samodyscyplinie, samokontroli i determinacji, oraz dzięki złym doświadczeniom jakie Czarownica zebrała w całym swoim krótkim życiu powstał Czerwony Lód. A zaraz po nim Klucznik oraz podrasowana wersja powieści Legion Żywiołów.

Bo każda historia ma swoje zakończenie. Co prawda historia Czarownicy jeszcze się pisze: wciąż pracuje nad warsztatem, szuka ciekawych rozwiązań, wciąż robi jak najwięcej, by z każdym dniem udowadniać sobie, że było warto. Że było warto wstać z plaży w Piekle i ruszyć do przodu w poszukiwaniu swojego szczęścia.
Bo każdy na to zasługuje, tylko… NIE MOŻE SIĘ PODDAWAĆ.


Jak ja się cieszę, że ta czarownica się nie poddała! 😉 Ta czarownica się tak pięknie rozwinęła w swojej twórczości, że nie mogę doczekać się przeczytania kolejnej powieści ! <3