Każdy pisarz musi się zaprzyjaźnić z redaktorem. Żeby teksty nabrały konkretny wydźwięk muszą być poddane kilkukrotnemu sprawdzeniu, najlepiej przez więcej niż dwie osoby, które znają się na konstruktywnej krytyce i danym gatunku. Doświadczeni pisarze to wiedzą, ale czy to lubią?
Poprawianie to większa część pisania powieści. Jest najtrudniejsza i najbardziej absorbująca. Pisanie książki jest proste, szczególnie tych pierwszych manuskryptów. Siadasz i wylewasz na kartkę wszystko, co siedzi ci w głowie. Nie patrzysz na błędy logiczne, stylistyczne, czy gramatyczne. Klepiesz i się cieszysz, bo liczba znaków ze spacjami przybyła. Jest dobrze! Tyle wystarczy, prawda?
Nie, to nie wszystko…
Najgorsze jeszcze przed tobą.
Moje teksty trafiają do ludzi od dwóch lat. Są oceniane, sprawdzane i komentowane na różny sposób. Często spotykają się z krytyką, czasem ze śmiechem. Muszę przyznać, że pomysły fabularne są przeważnie odbierane pozytywnie, chociaż znajdują się tam błędy. Niekiedy jedna strona worda jest przemielona przez maszynkę do mięsa – zapełniona czerwienią i komentarzami co zdanie.
I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda z pisaniem. Bywa, że nad jednym zdaniem zastanawiam się pół godziny, albo przerabiam je trzydzieści razy, bo wciąż coś nie pasuje. W akapicie zgrzyta, jest za banalnie, lub przewidywalnie. Pomijam fakt, że często zostawiam trudne akapity i wracam do nich pod koniec, gdyż wciąż nie mam pomysłu na wyeliminowanie słabych zdań.
Czy można to lubić?
Tak jak wspomniałam wcześniej moje teksty od dwóch lat trafiają do innych osób, co oznacza, że powinnam się do tego przyzwyczaić. Ale wcale tak nie jest. Do redakcji ciężko jest się przyzwyczaić, a jeszcze ciężej ją polubić. Bo wiecie, redakcja to nic innego, jak masakrowanie waszego tekstu, znajdywanie jego słabych stron i merytorycznych dziur. Jak czytacie komentarze, że wasza postać jest papierowa, albo działa nielogicznie chce się wam rzygać. A to dopiero piąta strona z czterystu!!!
Stresuje się za każdym razem, kiedy wysyłam tekst i za każdym razem, kiedy go otwieram po korekcie. Nerwy puszczają dopiero po przeczytaniu kilku komentarzy, a po przejrzeniu całości znikają całkowicie.
Nigdy nie poprawiam tekstów natychmiast po otrzymaniu poprawek. Najpierw się z nimi zaznajamiam i rozmyślam. Nauczyłam się nie robić tego za szybko, bo po kilku stronach okazuje się, że trzeba wrócić do początku i coś dodać, gdyż nie wszystko było jasne i gdzieś jakaś informacja uciekła.
Z redakcją bywa jak z dzikim zwierzęciem po przejściach. Żeby się z nią oswoić trzeba poświęcić na to dużo czasu i cierpliwości. Dodatkowo nie wolno brać wszystkiego do siebie i biczować się za każdy błąd. Nie ważne jak bardzo się będziesz starał, one i tak się pojawią. Czyhają na pisarza na każdym kroku, w przeciwnym wypadku nie istniałyby takie zawody jak redaktor i korektor. Co oczywiście nie oznacza, że można klepać na ślepo, nie zaglądać do słowników i nie myśleć. Korektor, czy redaktor nie ma stawiać wszystkiego od nowa, ma nas naprowadzić.
Także moim zdaniem redakcji nie da się polubić. Można się z nią oswoić. Wydaję mi się, że mało który pisarz lubi ten moment masakrowania swojego dzieła, tego dziecka, które zabrało mu długie godziny życia. Nad którym pracowaliśmy w pocie czoła i wydawało nam się, że już bliżej ideału nie będzie.
A tu niespodzianka… Zawsze może być lepiej, chociaż w pewnym momencie trzeba powiedzieć stop. Inaczej nigdy byśmy nic nie wydali.
Do następnego!





Oj, chyba też nie polubiłabym redakcji i dlatego zapewne natenczas nie piszę 😉
Karolinko pisz, pisz. Dobrze Ci idzie. A redakcja jest fajna, o ile ma się twardą dupę. A Ty ją masz 🙂
Mnie już samo wyobrażenie sobie redakcji powstrzymuje przed decydującymi krokami w pisaniu.
Czemu, Aniu? Redakcja to bardzo fajna zabawa. Dużo się człowiek na tym uczy. Moim zdaniem nawet więcej nauczyłam się poprzez redagowanie tekstów, niż na przykład przez kursy pisania. Przy redagowaniu można przynajmniej zobaczyć jakie ma się niedociągnięcia i co denerwuje u innych, żeby nie robić tego u siebie :).