
Przedstawiam fragment mojej nowej powieści fantastycznej, pt. „Legion żywiołów”. Zastrzegam, że jest to tekst przed redakcją i korektą, który w toku pracy nad manuskryptem może ulec pewnym zmianom. Jeśli wszystko dobrze pójdzie jego pierwsza część ukaże się w 2020 roku nakładem wydawnictwa WasPos.
ROZDZIAŁ 1
ROK 2017
Zuzanna wcisnęła hamulec, opony zardzewiałego opla zatrzeszczały na żwirze, zakręciły jeszcze raz i stanęły. Zawinęła długie blond włosy w niechlujny kok i nałożyła czarną czapkę, upewniając się w lusterku wstecznym, że nie widać żadnego z nich. Zmieniła obuwie na o trzy rozmiary większe męskie adidasy, okręciła sznurowadło wokół kostki i mocno zawiązała. Natrudziła się przy tym zważywszy na jej gruby brzuch. Twarz zakryła maską samuraja zakupioną na chińskim targu, typową, z taniego plastiku. Gdy już to zrobiła zarzuciła na siebie gruby płaszcz i wysiadła, zapadając się na kilka centymetrów w błocie. Zgasiła reflektory, dzięki księżycowi przezierającemu między gałęziami, wciąż dobrze widziała. Rozejrzała się. Nikogo nie zauważyła. Włożyła kluczyk do zamka w bagażniku, zaciął się, więc chwilę z nim powalczyła, zanim ustąpił. Wyjęła dwa kanistry z benzyną.
Przeszła przez próg domu, ale zaraz się cofnęła. Śmierdziało tam moczem, stęchlizną i starym gównem. Zuzannę nie zdziwił smród, bo w opuszczonych domach mieszkają bezdomni, jednak dzisiaj jej żołądek był zbyt delikatny po wczorajszym piciu do lustra.
Powtórzyła fakty zebrane w internecie. Właściciele budynku opuścili go ponad sto lat temu ze względu na kiepską lokalizację. Dom mieścił się na skraju Błądzikowa, zakopany głęboko w lesie. Niegdyś służył szlachcicom do schadzek z kochanicami.
Jeszcze raz przekroczyła próg, oddychając wyłącznie ustami. Przygotowała latarkę i paralizator. Sprawdzenie pustostanu zajęło jej pięć minut. Przez cały ten czas podłoga trzeszczała, a niektóre deski uginały się tak mocno, że dla bezpieczeństwa zawracała. Ściany pokrywała pleśń, stare meble zjadły korniki, urządzenia przeżarła rdza.
Weszła do pomieszczenia, które niegdyś służyło gospodyni domowej za kuchnie i zatrzymała się przy starym piecu. Nagle odczuła presję czasu, ścisk w żołądku i rzygowiny podchodzące do przełyku. Zapamięta, by nie pić alkoholu przed następną akcją. Pokonała odruch wymiotny i zaczęła polewać wszystko benzyną. Na koniec wyjęła z kieszeni pudełko, znalazła zapałkę z najgrubszą główką, bo według Zuzanny zapewniała większe prawdopodobieństwo powodzenia misji, i potarła nią o draskę. Siarka zasyczała przed zapłonięciem. Wzięła zapałkę w dwa palce i pstryknęła tak, że trafiła w kałużę benzyny.
Buchającym z okien płomieniom przyglądała się już z opla.
– Zrobione – wysłała wiadomość do zleceniodawcy.
Przystanęła przed wyjazdem na główną drogę, aby zrzucić przebranie. Zajęło jej to kilka sekund i ruszyła dalej. Jechała pustą drogą na długich światłach. Minęła stadninę koni znacznie spokojniejsza. Spocone dłonie odklejały się od kierownicy. Cieszyła się, że i tym razem jej się upiekło.
Minęła znak z nazwą miasta Puck. Przejechała jeden zakręt, na następnym musiała zwolnić. Na środek ulicy wyszedł policjant z lizakiem w dłoni. Wielokrotnie przećwiczonym ruchem kazał jej zjechać na pobocze. Czuła, że wpada w panikę, ale włączyła kierunkowskaz i się zatrzymała. Samochodem szarpnęło przed zgaśnięciem silnika, w roztargnieniu nie wcisnęła sprzęgła. Zuzanna obserwowała policjanta zbliżającego się do drzwi. Znowu się pociła. Zapukał w szybę i dopiero wtedy pokręciła korbką.
– Dobry wieczór, tu starszy sierżant Marcin Szadurski. Poproszę prawo jazdy i dowód rejestracyjny. – Policjant miał głos podobny do Dr. Albana.
– Oczywiście.
Wyjęła z portfela prawo jazdy. Przyświecił sobie latarką, zerknął raz na zdjęcie, raz na Zuzannę. Pochyliła się do schowka i zatrzymała dłoń na uchwycie. Odnosiła wrażenie, że wrzucono ją do lodowatej wody. W uszach słyszała wyłącznie swój oddech, który w tej chwili przypominał szum wzburzonego morza.
– Jeszcze dowód rejestracyjny, proszę. – Szadurski oślepił ją latarką.
– Tak, już szukam.
Dzieliła samochód z ojcem, więc dokument przechowywali w środku. Otworzyła schowek, a z jego wnętrza wysunęły się papiery i stare płyty. Przekopywała się przez nie ostrożnie. Bardzo ostrożnie. Zadrżała, gdy poczuła w dłoniach zmiętolone sreberko, w którym trzymała marihuanę. Zaprzestała poszukiwań. Zniecierpliwiony policjant zaświecił latarką na tylną kanapę, tam gdzie pod kocem leżało przebranie. W afekcie wyrzuciła płyty i stos papierów. Próbowała odwrócić uwagę Szadurskiego.
– Znalazłam! – krzyknęła, machając dowodem i nadzieją, że policjant w końcu sobie pójdzie.
– Zaraz wrócę, pani Kolat. Proszę poczekać w samochodzie.
Podszedł do partnera i wtedy Zuzanna zauważyła swoją szansę. Przechyliła się na bok, by otworzyć okno od strony pasażera. Niestety przez pasy i gruby brzuch nie dosięgała do korbki. Policjant rozmawiał przez telefon. Odpięła pas. Drążek od zmiany biegów wbijał jej się w pierś, ale udało się dosięgnąć korbki. Przekręciła trzy razy. Tyle musiało wystarczyć. Usłyszała chrzęst gruzu pod butami. Rzuciła. Trafiła w szybę, sreberko odbiło się i spadło na fotel. Poczuła ciepło rozchodzące się po ciele.
– Pani Kolat? – Światło latarki Szadurskiego zmierzało w stronę marihuany. Zasłoniła je biustem. – Może pani jechać. – Odebrała dokumenty.
Zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc, co się wydarzyło. Czy ten Szadurski nie widział towaru i jej podejrzanego zachowania? Nie zamierzała kusić losu. Dokumenty rzuciła na siedzenie, sreberko zacisnęła w pięść i nacisnęła pedał gazu do oporu. Silnik zawył, aż Zuzannę zapiekły policzki ze wstydu. Nie wrzuciła biegu. Jeżeli przed momentem nie była podejrzana, to już się zmieniło. Policjanci pokręcili głowami. Zuzanna wyjechała na jezdnie i sto metrów od radiowozu wyrzuciła marihuanę przez okno. Później zakupi nową działkę od Cichego.
Opuściła strefę domów jednorodzinnych, wjechała na blokowiska. Zatrzymała się na krzyżówce. Przetarła pot z czoła i wzięła kilka uspakajających wdechów. Wyglądało na to, że policjanci czekali na nią, bo co innego robiliby na mało uczęszczanej drodze? Wypatrywała w lusterku wstecznym radiowozu. Nie nadjeżdżali.
Którędy do domu? Mogła skręcić w lewo, jechać przez grodzisko, drogą z dziurami, ale za to z mniejszym prawdopodobieństwem natknięcia się na kolejny patrol drogowy. Skręcając w prawo ruszyłaby asfaltem, mniej ryzykownym dla zardzewiałego podwozia. Poza tym tamtędy byłoby krócej. Westchnęła i wrzuciła pierwszy bieg. Nie dobrze. W lusterku wstecznym rozbłysły halogeny. Policja? Pochyliła się, aby się przyjrzeć. Nie myliła się. Zataczali się bez sygnałów dźwiękowych i świetlnych.
Poluzowała do połowy sprzęgło i wcisnęła gaz. To musiało się udać. Nie zauważyła auta nadjeżdżającego z lewej strony. Szarpnęło nią podczas gaszenia silnika. Dlaczego nie wciskała tego sprzęgła? Oddychała coraz szybciej. Co się działo? Wpatrywała się w refleksy na czerwonym lakierze dodge’a vipera. Spod jego maski błyskały niebieskie diody.
Z wnętrza sportowego auta wybiegła szczupła szatynka z pistoletem w dłoni. Za starym oplem rozbrzmiała syrena z patrolu policyjnego. Zaszli ją z dwóch stron. Czy pomyśleli, że będzie chciała uciekać tym starym rzęchem?
Zuzanna dobrze pamiętała moment, w którym uniosła ręce. Potem strach ją sparaliżował. W przebłyskach świadomości widziała szatynkę szarpiącą klamkę, coś krzyczała, dużo krzyczała, ale Zuzanna widziała zaledwie ruchy jej warg. Szatynka szarpnęła ją za bluzę i wyrzuciła z auta. Zuzanna gruchnęła na ziemię. Czuła ostry smród asfaltu i spalin.
– To boli!!!
Tylko tyle wydusiła, bo szatynka naparła kolanem na jej skroń z taką siłą, jakby miała zamiar zrównać jej czaszkę z drogą. Kajdanki zacisnęła za mocno. Kolejną rzeczą, którą Zuzanna zapamiętała była oddalająca się jezdnia. Ruszała nogami. Usiadła. Drzwi trzasnęły.
Przed utratą przytomności poczuła zapach skóry, intensywny, jakby dopiero co wypuszczony z linii produkcyjnej.

