
Obudziłam się w zupełnie innym miejscu, pełnym magii, skrywającej w sobie dużo trudności z jej opanowaniem. Za oknem prószy śnieg, drzewo w kominku syczy i strzela, oprócz tego wokół panuje cisza. Nie przejeżdża ani jeden samochód, nie ma przechodniów, czy szczekających psów na osiedlu. Ta cisza sprawia, że mogę usłyszeć własne myśli.
POCZĄTKI
Przeprowadziliśmy się. Na wariata. Na wysokich obrotach. Na nasz koniec świata. Wychowałam się w mieście, do tego w bloku. Po wielu latach zdecydowałam się na zbudowanie swojego miejsca na ziemi, zrobiłam to na totalnym odludziu, gdzie liczba mieszkańców nie przekracza trzystu, do tego w trudnym okresie zimowym. Już wczoraj było tutaj śniegu po kostki, a teraz pada kolejna warstwa.
Ostatnio nie czytałam, ani nie pisałam, bo wiecznie latałam między pracą, a budową. W bardzo krótkim okresie zdecydowaliśmy wypowiedzieć mieszkanie. Przede wszystkim dlatego, by zaoszczędzić. Budowa plus koszty wynajmu, to nie jest dobre połączenie, tym bardziej, że osiedle na którym mieszkaliśmy stało się drogie. To poniekąd zmotywowało nas do budowy czegoś swojego, miejsca, w którym właściciel nie podniesie znienacka czynszu.
Przerażenie było ogromne. Domek nieprzygotowany do mieszkania, a wynajmowane mieszkanie do sprzątnięcia. Oboje czuliśmy stres. Byliśmy przemęczeni, gdyż od dwóch miesięcy wstawaliśmy o piątej, a kładliśmy się najszybciej po jedenastej w nocy. Na każdym się to odbiło, nawet na psie, który notabene teraz ucieka przed strzelającym drewnie w kominku. Co gorsza to drzewo się kończy, a dostawa zakupionego się opóźnia ze względu na warunki pogodowe!
Szukam motywacji, aby wstać i wyszukać sobie ubrania. Nawet nie wiem, w którym worku są. Czy gdzieś na dole, czy też u góry. Właściwie nic nie ma swojego miejsca i tak wędruje, szczególnie gdy czegoś szukam. Wydawało mi się, że wczoraj widziałam to w łazience, a jednak znajduję to w szufladzie w niedokończonej kuchni.
Wczoraj chcieliśmy zamontować prysznic, skończyło się tym, że musieliśmy się myć w misce. Niestety bateria prysznicowa okazała się niekompletna i nie mogliśmy jej złożyć, a już było za późno, żeby jechać do sklepu zareklamować produkt. Aneks kuchenny nadal jest do złożenia, gdyż koncepcja się zmieniła i trzeba go przerobić. Kanapę wybraliśmy w piętnaście minut (razem z odbiorem z magazynu), gdyż ta, która mi się spodobała była już niedostępna. Przeprowadzka w black week sprawiła, że utrudniło nam to sprawę z dostawą różnych rzeczy. Na szczęście udało się z lodówką, pralką i kuchenką, chociaż wciąż stoją nierozpakowane z braku czasu i energii.
Przechodzę teraz naprawdę dziki, pełen wyzwań okres, a za chwilę muszę iść odśnieżyć. Niektóre sprawy nie są proste, choć są warte zachodu. Pamiętam, jak poznawałam się z moim przyszłym mężem (nie planowaliśmy zostać parą), to ciągle mi powtarzał, że nie ma być łatwo, ma być warto. I właśnie tak zaczyna się nasza przygoda z nowym miejscem. Jeszcze nie wiem, jak odnajdę się na wsi, blisko lasu, pozbawiona szału cywilizacji, ale już mi się to podoba. Wcześniej byłam lekko niezadowolona, bo nie wszystko szło po naszej myśli (chyba jak u każdego), ale teraz – nawet otoczona bałaganem – czuje stoicki spokój.
Zaczyna się nowy rozdział, który w późniejszym czasie chcę spożytkować dla siebie.

PO MIESIĄCU
Minął prawie miesiąc odkąd tutaj zamieszkaliśmy. Łazienka prawie dokończona, w kuchni pozostały do przyklejenia kafelki, kilka gniazdek, przeróbka jednej z szafek. Część rzeczy znalazła swoje miejsce, co niezmiernie mnie cieszy. Szafa zapełniła się ubraniami, chemia powędrowała na półki w łazience, gary stopniowo są coraz mniej przekładane. Nasze życie powoli zdobywa rutynę.
W trakcie miesiąca przeszliśmy sporo, w szczególności pogodowych perypetii. Mój narzeczony zakopał się kilka razy busem, raz stanął w poprzek drogi (bo chciał mi udowodnić, że się da tak zawrócić ????), ja też kilka razy miałam problem z wyjazdem z podwórka. W pobliżu jeszcze nie ma sąsiadów, część planuje budowę w przyszłym roku, inne działki są wystawione na sprzedaż. Kilka razy dopisało nam szczęście, bo przejeżdżał kierowca pługiem śnieżnym (można tutaj nawiązać do historii Karkonoszy).
W nocy obudził nas alarm samochodów, bo padał grad wielkości piłek tenisowych, niestety jeszcze nie wyrobiliśmy się z zadaszeniem. Z resztą całe podwórko w tym roku wygląda jak tor przeszkód, które na wiosnę będzie sprzątane wraz z modyfikacją wjazdu, czy stworzeniem prowizorycznego chodnika. Nieraz i nie dwa wichury przygaszały ogień w kominku, lub wyrzucały dym do domu, gdyż tak… nie zdążyliśmy zamontować strażaka.
Nawet jak to czytam zastanawiam się, co mi strzeliło do głowy pójść na takie szaleństwo. Ocieplenie do zrobienia, dach do poprawienia, góra do remontu. Czasu nam brakuje, gdyż rano wychodzimy do pracy i wracamy pod wieczór. Dłubiemy w każdej możliwej chwili, choć też dbamy o czas na odpoczynek. Nie można dać się zwariować.

Jest trudno. Momentami nerwowo. Za to dzień po dniu z niczego tworzymy własne miejsce na ziemi. Sami. Bez pomocy ekip budowlanych, chociaż czasem pomaga nam rodzina lub przyjaciele. Cieszę się, że nam się udaje. Między innymi pisanie książek nauczyło mnie cierpliwości, która teraz się przydaje. Tam też są wzloty i upadki, jak w życiu. Nie warto się nadmiernie przejmować, ani stawiać sobie za dużo wymagań. Trzeba działać i przyjmować to, co daje nam los. A problemy??? Je da się rozwiązać!


