Helikopter w zatoce – Część 5

Pierw­szy ponie­dzia­łek lute­go – czas na kolej­ną część z Sza­dym :).

Życzę miłe­go czy­ta­nia!

 

 

            Po zamor­do­wa­niu trze­ciej ofia­ry zro­bi­łem sobie mie­siąc prze­rwy. Chy­ba się bałem, że mnie zła­pią. Nikt nie zada­wał mi pytań, nikt mnie nie podej­rze­wał. Poli­cja sku­pi­ła się na rodzi­nie. Prze­cież bez ciał trud­no ska­zać czło­wie­ka, praw­da? Poli­cji bra­ko­wa­ło dowo­dów. Faj­nie patrzeć jak orga­ny ści­ga­nia krę­cą się w kół­ko. W koń­cu umo­rzy­li śledz­two.

            Śle­dzi­łem gru­py na fejs­bo­oku, ludzie byli obu­rze­ni i zbul­wer­so­wa­ni. Prze­szu­ki­wa­li teren na wła­sną rękę. Szu­ka­li, szu­ka­li, ale nie zna­leź­li dziew­czyn­ki. Nie mie­li pra­wa. Wie­dzia­łem jak zabi­jać. A cho­wać dowo­dy nauczy­łem się po pierw­szym mor­der­stwie. To wca­le nie jest takie trud­ne. Trze­ba być tyl­ko zor­ga­ni­zo­wa­nym. A kto jest lepiej zor­ga­ni­zo­wa­ny niż wyszko­lo­ny żoł­nierz?

            Przy­znam, że w pew­nym momen­cie samo­zwań­czej akcji się zde­ner­wo­wa­łem. Gru­pa wspar­cia zna­la­zła na polach jej zabaw­kę. Szcze­rze mówiąc nie pamię­ta­łem, aby ją mia­ła. Nie pamię­ta­łem też czy jej doty­ka­łem. Dener­wo­wa­łem się kil­ka dni. Cho­dzi­łem wście­kły jak osa. Mój dowód­ca nale­gał na urlop, ale nie przy­ją­łem pro­po­zy­cji. W pra­cy zaj­mo­wa­łem czymś gło­wę. Jak pilo­to­wa­łem czu­łem, że świat nale­żał do mnie.

            Po kil­ku dniach oka­za­ło się, że zabaw­ka nale­żą­ca do dziew­czyn­ki zawie­ra­ła śla­dy DNA. Jej i jej ojca. To mnie pocie­szy­ło. Skie­ro­wa­ło podej­rze­nia poli­cji na nie­go. Prze­szu­ka­no pola. Bagna. Nie zna­le­zio­no dziew­czyn­ki. Nie zna­le­zio­no śla­dów świad­czą­cych o mojej winie. Ulży­ło mi. Jesz­cze bar­dziej mi ulży­ło, gdy ojciec dziew­czyn­ki tra­fił do wię­zie­nia. Zdzi­wi­łem się, że ska­za­no go bazu­jąc (według mnie) na poszla­kach, ale zasłu­gę w tym miał nie­ja­ki Sza­dur­ski. Uzy­skał przy­chyl­ność sądu, dzię­ki wymu­szo­ne­mu przy­zna­niu się do winy i zezna­niom świad­ków, któ­rzy opo­wia­da­li jak to ojciec się zmie­nił po zagi­nię­ciu małej. Dla mnie to czar­na magia. Śmia­łem się, kie­dy się o tym dowie­dzia­łem, bo tyl­ko ja zna­łem praw­dę.

            A nie ten Sza­dur­ski, niby wzo­ro­wy poli­cjant, któ­re­go mój dowód­ca nie­na­wi­dził. Pró­bo­wa­łem wypy­tać go o tego poli­cjan­ta, ale nie chciał o nim roz­ma­wiać. Tyl­ko marsz­czył brwi i zby­wał mnie mach­nię­ciem ręki. Szko­da, bo chcia­łem się dowie­dzieć, czy ten facet jest napraw­dę groź­ny. Jeśli jest dobry mógł­by mnie zna­leźć. Ale z dru­giej stro­ny wca­le mnie nie szu­kał. Nie wie­dział o moim ist­nie­niu.

            Wie­dzia­łem, że gdy­by wpadł na mój trop stał­by się myśli­wym. Tak opi­sy­wa­ły go media. Myśli­wy w mun­du­rze.

            Tłum się uspo­ko­ił. Mogłem odsap­nąć. Ska­za­nie ojca spra­wi­ło, że mogłem swo­bod­nie poru­szać się po uli­cach. Szu­ka­łem. Obser­wo­wa­łem. Przy­go­to­wy­wa­łem się do polo­wa­nia. Byłem pewien, że gdzieś tutaj znaj­du­je się moja kolej­na ofia­ra. Wybra­nie jej zaję­ło mi pięt­na­ście dni. Tym razem musia­łem być pewien, że zabi­jam odpo­wied­nią oso­bę, prze­siąk­nię­tą złem do szpi­ku kości.

            Chcia­łem odpo­ku­to­wać za zamor­do­wa­nie nie­win­nej isto­ty.

 

            Rozległ się dzwo­nek i do pustej sali widzeń wszedł męż­czy­zna. Bez kaj­da­nek, ubra­ny w sza­ry uni­form wię­zien­ny. Sza­de­mu nie umknę­ła uwa­dze jego poobi­ja­na twarz. Pod­pi­te oko, roz­cię­ty łuk brwio­wy, opuch­nię­ta war­ga. Uciekł wzro­kiem. Mor­der­cy dzie­ci nie mie­li łatwo w wię­zie­niu. Jesz­cze dwa dni temu lepiej spał z tą myślą.

            Dzi­siaj drę­czy­ły go wyrzu­ty sumie­nia. Ska­zał nie­win­ne­go czło­wie­ka na pobyt w pie­kle. Na doda­tek sam popro­sił służ­bę wię­zien­ną, aby roz­pu­ści­li plot­kę o zarzu­tach ska­za­ne­go. Po prze­czy­ta­niu frag­men­tu o mor­der­stwie dziew­czyn­ki się­gnął po zapal­nicz­kę. Przy­pa­lił brze­gi zeszy­tu, ale szyb­ko się opa­mię­tał. Osta­tecz­nie wyrżnął nim w ścia­nę i poszedł się napić. Wlał w sie­bie tyle, że film mu się urwał po pół godzi­nie.

            - Zna­leź­li­ście ją? – spy­tał wię­zień, zanim usiadł na drew­nia­ne krze­sło. W jego oczach znaj­do­wał się ból, tak sze­ro­ko zako­rze­nio­ny, że nawet po wyj­ściu z wię­zie­nia może być nie do usu­nię­cia.

            - Pra­wie – odpo­wie­dział i otwo­rzył tecz­kę, któ­ra leża­ła przed nim. – To wstęp­na ugo­da z pro­ku­ra­tu­rą. Chcę, aby pan się z nią zapo­znał, zanim ujaw­ni­my praw­dę. Na dniach sta­nie się pan wol­nym czło­wie­kiem. Jeste­śmy o krok od zna­le­zie­nia cia­ła.

            - Dzie­sięć tysię­cy zło­tych? – Roze­śmiał się. – Chce­cie mi zaofe­ro­wać dzie­sięć tysię­cy zło­tych za sie­dze­nie w pier­dlu? I ta ugo­da nie ma daty. Mam ją pod­pi­sać? Po co mi pan to mówi? Myśli pan, że panu wyba­czę, że wsa­dził mnie do wię­zie­nia za zamor­do­wa­nie mojej cór­ki? Wszy­scy w wię­zie­niu myślą, że zabi­łem moją małą dziew­czyn­kę!

            - Pro­szę się uspo­ko­ić. – Wysta­wił dłoń do straż­ni­ka. – Przy­sze­dłem oso­bi­ście prze­ka­zać panu dobrą nowi­nę. – Sły­szał jak źle to brzmi i się skrzy­wił. – Do cza­su pod­pi­sa­nia tego doku­men­tu spę­dzi pan czas w izo­lat­ce. Wyj­dzie pan z czy­stą kar­tą. Przy­sze­dłem dać panu nadzie­ję.

            - Ten skur­wiel… – szep­nął, uno­sząc wzrok znad kart­ki papie­ru. – Czy ten skur­wiel żyje?

            - Nie. Męż­czy­zna, któ­ry zabił pana cór­kę zmarł wczo­raj w dro­dze do szpi­ta­la.  Popeł­nił samo­bój­stwo.

            - To dobrze, bo w mgnie­niu oka bym tu wró­cił. – Wypu­ścił cięż­ko powie­trze. Zapach nie­świe­że­go odde­chu dole­ciał do Sza­de­go. – Zro­bił­bym wszyst­ko, aby udu­sić go goły­mi ręko­ma. Znisz­czył życie mojej rodzi­nie. – Wstał, zgnia­ta­jąc w rękach kart­kę. – Pan też je znisz­czył. Jeśli szu­ka pan wyba­cze­nia to go nie otrzy­ma. Będzie się pan za to sma­żył w pie­kle. – Rzu­cił kart­kę na stół i pod­szedł do straż­ni­ka. – Pro­szę przyjść z pro­ku­ra­to­rem i kon­kret­nym papier­kiem.

            Straż­nik wypro­wa­dził więź­nia. Sza­dy ode­tchnął gło­śno, zabie­ra­jąc zmię­tą kart­kę do kie­sze­ni. Wstał od sto­łu, prze­su­wa­jąc krze­sło z piskiem. W jego gło­wie wciąż roz­brzmie­wa­ły sło­wa więź­nia: Będzie się pan za to sma­żył w pie­kle. Czy miał rację? Wziął to sobie do ser­ca.

            Pod­szedł do drzwi. W kie­sze­ni roz­brzmiał dźwięk przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści. Daria napi­sa­ła, że gru­pa tech­nicz­na zmie­rza do celu. Będą kopać i szu­kać ciał we wska­za­nym przez Sza­de­go miej­scu.

Heli­kop­ter w zato­ce – Część 5
Tagged on:                                     

One thought on “Helikopter w zatoce – Część 5

  • 4 lutego 2019 at 21:15
    Permalink

    Mnie się wyda­je, że za mało dosta­nie za to sie­dze­nie.
    A Sza­de­go mi szko­da. Chciał dobrze, wyszło źle.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *