Czy warto planować powieść?

Przy oka­zji wpi­su o pla­no­wa­niu ze sce­na­riu­szem napo­mknę­łam o pla­no­wa­niu prze­ze mnie powie­ści. Tyl­ko musnę­łam temat, więc posta­no­wi­łam go dzi­siaj roz­wi­nąć. Od razu zazna­czę: nie jestem typo­wą pla­nist­ką.

 

Powieść to nie opo­wia­da­nie ani krót­ki arty­kuł, któ­ry moż­na napi­sać na kola­nie (logicz­ne, praw­da?). Oczy­wi­ście nie pole­cam żad­nej for­my two­rzyć na kola­nie, ale łatwiej jest wystu­kać w wol­nej chwi­li jed­ną stro­nę w wor­dzie na blog, niż two­rzyć przez dłu­gie mie­sią­ce powieść. Łatwiej jest napi­sać recen­zję gdzieś w pocią­gu czy auto­bu­sie, niż wczuć się w powieść, żeby po chwi­li z niej wyjść, bo wła­śnie dojeż­dża­my do nasze­go przy­stan­ku.

 

Jasne, ist­nie­ją pisa­rze, któ­rzy tak robią. Łapią każ­dą wol­ną chwi­lę, żeby skoń­czyć swo­je dzie­ło. Bo prze­cież pisać moż­na wszę­dzie i to praw­da. Z tym się zga­dzam, bo sama nie­jed­no­krot­nie pisu­je to w pra­cy, to gdzieś w restau­ra­cji. Zda­rza­ły mi się takie sytu­acje, więc nie zaprze­czam, że jest to wyko­nal­ne. Uwiel­biam two­rzyć w cha­osie, bo nie jestem zwo­len­nicz­ką pla­no­wa­nia.

 

 

No to jak jest z Tobą?

Wła­śnie to dzi­siaj chcia­łam wyja­śnić. Nie lubię pla­no­wać. Napraw­dę: nie cier­pię tego robić. Pod­czas pisa­nia i tak wszyst­ko mi się roz­jeż­dża, boha­te­ro­wie przej­mu­ją wła­dzę i oka­zu­je się, że coś co dla nich zapla­no­wa­łam wca­le im się nie podo­ba. Bo nie pasu­je do ich cha­rak­te­ru, nastro­ju, do ich wizji. Ale nie mówię, że…

 

…nie planuje w ogóle!

 

I to jest dla mnie bar­dzo istot­ne. Bo pla­nu­je powieść, ale nie szcze­gó­ło­wo. Mam wykre­owa­nych boha­te­rów, nada­je im prze­szłość, piszę z nimi wpraw­ki, zazwy­czaj są to tek­sty, któ­re nigdy nie ujrzą świa­tła dzien­ne­go, pisa­ne bar­dzo nie­chluj­nie, ale ich prze­zna­cze­niem nie jest zostać opu­bli­ko­wa­nym, ich prze­zna­cze­niem jest zostać prze­ze mnie zro­zu­mia­nym. Żeby zro­zu­mieć postać trze­ba dać jej pole do popi­su, trze­ba posta­wić ją w róż­nych sytu­acjach i spraw­dzić jak się zacho­wa. Czy się wyco­fa, czy pój­dzie do przo­du, a może będzie się przy­glą­dać spa­ra­li­żo­wa­na stra­chem?

 

 

Pla­nu­je też miej­sca. Jeż­dżę do miejsc, o któ­rych piszę. Zwie­dzam je nie­jed­no­krot­nie, sta­ram się je poczuć, choć nie prze­ka­zu­je w powie­ściach całe­go kli­ma­tu. Nie piszę jak Mic­kie­wicz, mam inny cel i zupeł­nie odmien­ny styl, któ­re­go nie spo­sób porów­ny­wać. Jeśli w cza­sie pisa­nia wycho­dzi, że przez zmia­ny potrze­bu­ję inne­go miej­sca, to pierw­sze co robię – prze­glą­dam mapy google. Szu­kam w swo­jej oko­li­cy tego cze­go potrze­bu­je, a następ­nie pla­nu­ję wyciecz­kę. Wol­ne trzy godzi­ny i ład­na pogo­da wystar­czą, abym tam poje­cha­ła. Poro­bi­ła zdję­cia, pozwie­dza­ła i pomil­cza­ła, żeby poczuć kli­mat.

 

Mój plan ogól­ny zawie­ra rów­nież miej­sca kul­mi­na­cyj­ne, anta­go­ni­stę, oraz głów­ny cel posta­ci. Zasta­na­wiam się też nad kon­flik­tem. Miej­scem zbrod­ni, poszla­kach, świad­kach, podej­rza­nych. Jeśli w mię­dzy­cza­sie coś ule­gnie zmia­nie, to z łatwo­ścią jestem w sta­nie się z tym zaprzy­jaź­nić. Akcep­tu­ję każ­dą zmia­nę i mody­fi­ku­ję plan – naj­czę­ściej ogól­ny. Bo plan sam w sobie nie jest dla mnie istot­ny.

 

Nie umiem two­rzyć szcze­gó­ło­wych kon­spek­tów, to tak nie dzia­ła. Nie u mnie. Co praw­da ze sce­na­riu­szem ponie­kąd mi wyszło, ale i tak więk­szość ule­gła zmia­nie. Nie lubię się ogra­ni­czać, ani sta­wiać się w kon­kret­nych ramach: to mnie zamy­ka. Zabi­ja we mnie kre­atyw­ność.

 

 

Ku jasności…

Żeby było jasne: muszę wie­dzieć o czym piszę i o co mi cho­dzi. Nie mogę kle­pać w kla­wia­tu­rę dla same­go kle­pa­nia, bo wydaw­nic­two chce kolej­ną książ­kę, bo czy­tel­ni­cy na nią cze­ka­ją. A póź­niej przy­cho­dzi do spo­tka­nia autor­skie­go i ktoś pyta o co nam w książ­ce cho­dzi­ło, a my tyl­ko… mru­czy­my coś pod nosem, bo nie zna­my odpo­wie­dzi. Wyszło faj­nie, ale wię­cej mie­li­śmy szczę­ścia niż zre­ali­zo­wa­nych zamie­rzeń.

 

Myślę, że teraz bar­dziej wyja­śni­łam o co mi cho­dzi, gdy mówię, że nie pla­nu­ję powie­ści. Bo nie pla­nu­ję prze­bie­gu fabu­ły, nie sta­ram się jej punk­to­wać. Daję sobie wię­cej luzu. Lubię luz. Ale nie lubię, gdy coś mi się roz­jeż­dża w róż­ne stro­ny. Dla­te­go wła­śnie naj­waż­niej­sze punk­ty zawsze, ale to zawsze są prze­ze mnie roz­pra­co­wy­wa­ne w zaci­szu i to przed roz­po­czę­ciem pisa­nia. Nie daję się ponieść chwi­lo­wym obra­zom, faj­nym sce­nom, dobrym boha­te­rom. Na wszyst­ko pozo­sta­wiam sobie czas na dopra­co­wa­nie.

 

 

To samo się dzie­je, gdy coś mi się przy­śni, albo gdzieś w dro­dze przyj­dzie mi do gło­wy pomysł. Nie zatrzy­mu­je się na pobo­czu, nie wsta­je z łóż­ka – nie zapi­su­je nicze­go. „Wysłu­chu­je” pomysł, następ­nie ana­li­zu­je go na sucho. Potrze­bu­ję dystan­su, żeby zro­zu­mieć jakie zna­cze­nie mia­ło­by to dla mojej powie­ści i czy nie popsu­ło­by fabu­ły.

 

A wy pla­nu­je­cie swo­je powie­ści?

A może kom­plet­nie nie przy­go­to­wu­je­cie się przed roz­po­czę­ciem pisa­nia? Widzi­cie jakiś obraz i się jemu pod­da­je­cie?

 

Do następ­ne­go!!!

 

Zdjęcia pochodzą ze strony: pixabay.com
Czy war­to pla­no­wać powieść?
Tagged on:                         

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *