
…czyli co działo się u mnie przez ostatni tydzień?
W ubiegłym tygodniu zniknęłam z internetów, pojawiłam się tylko raz, żeby podziękować wam za życzenia w Dniu Pisarza i życzyć wam samych sukcesów, bo wiem, że znajdą się wśród moich czytelników początkujący i utalentowani pisarze, którym życzę jak najlepszych umów wydawniczych oraz płynnie rozwijającej się kariery.
Tak naprawdę planowałam robić zupełnie coś innego: przygotowałam zdjęcia na Instagram, rozmyślałam o wpisach na FB, zamierzałam napisać kilka wpisów na blog. Miałam też zamiar intensywnie pracować nad Niezależną – Szady jest bardzo upierdliwy i nie może się doczekać kolejnej części.
A co się stało w rzeczywistości?
W czwartek złapała mnie gorączka tak upierdliwa, że nie chciała mnie opuścić przez kilka godzin. Wróciłam z pracy po dwunastu godzinach, wzięłam kąpiel, założyłam ciepłe skarpetki i zwinęłam się w kokon stworzony z koca i kołderki. Nie było szans na zrobienie czegokolwiek kreatywnego, więc dla zabicia czasu włączyłam sobie serial (bodajże „See”, o świecie pogrążonym w ślepocie) i przy nim zasnęłam. Niestety, nie miałam siły czytać, chociaż czeka na mnie „Fracht” Brudnika.
Na drugi dzień poczułam się lepiej, ale wciąż to nie było to. Pociłam się, bolała mnie głowa, gardło, z nosa mi ciekło, miałam problemy ze skupieniem. Do południa spędziłam czas w łóżku, a później pojechałam z ciotką na kontrolę do Gdańska. Niestety, w drodze powrotnej stałyśmy w korku na obwodnicy. 🙁

Na drugi dzień bardzo podobnie: odpoczynek do późnego popołudnia, potem urodziny mojego wujka. Tam przynajmniej miałam okazję, aby się pośmiać i wyładować stres minionego tygodnia. Bo uwierzcie, czasami człowiek myśli, że zwariuje, a jedyną ucieczką wydaje się być dla niego bezludna wyspa.
Niedzielę spędziłam w ruchu. Odwiedziłam Park Oliwski w Gdańsku, bo moja kuzynka jest w trakcie pisania swojej debiutanckiej powieści i bardzo chciała tam pojechać. Skorzystałam z większej ilości sił i słońca, żeby pomóc jej w researchu. Spędziłyśmy tam kilka dobrych godzin, szkoda wracać tak szybko do domu skoro pierwszy raz od kilku dni w końcu przestał padać deszcz. Poza tym potrzebowałam takiej odskoczni: nie myślałam o pracy, ani o pisaniu. Relaksowałam się na świeżym powietrzu. Znając mnie, na Instagramie będziecie mogli zaobserwować zdjęcia z tego wypadu.
Nowy tydzień…
Od poniedziałku pochłonęła mnie praca. Pojechałam też na zebranie (spotkanie) z moim szefem. Wiecie, zebrania z moim „pierwszym” szefem zwiastują coś złego. Obietnice bez pokrycia, kłamstwa, wytykanie palcami, stek bzdur goniący stek bzdur. Z takim nastawieniem tam pojechałam, niewiele więcej otrzymałam. Niektóre rzeczy po prostu się nie zmieniają. Ludzie też nie. Niestety. W takich momentach nauczyłam się zaciskać zęby i przytakiwać, żeby zmniejszyć napięcie w pomieszczeniu. Bo nie wszyscy wokół mnie są źli, w 99% otaczają mnie bardzo dobrzy i fascynujący ludzie. Zawsze znajdą się wyjątki, ale nie warto zawracać sobie nimi głowy.
I tak dociągnęłam do piątku. W międzyczasie starałam się pisać ile mogłam, nadrabiałam też zaległości ze skrzynki mailowej. Złożyłam sobie obietnicę, że będę lepiej zarządzać sobą w czasie, ale wiecie… jak przyjdzie choroba, to jedynie leki i sen pomagają. I nic nie da się zrobić.
A jak minął wasz tydzień?
Robiliście coś fajnego?
Do następnego!!!

