Witam! Poniżej przedstawiam niewykorzystany fragment mojej pierwszej, jeszcze niewydanej, powieści “Arystokraci Magii”. Miłej zabawy!
- Wstawaj!
Usłyszała jednoczesny szczęk odbezpieczanych broni. Przy wstawaniu odczuła silne zawroty głowy, które zrzuciły ją na kolana. Zakaszlała, czując kłucie w przełyku i płucach.
- Powiedziałem wstawaj! – Jeden z żołnierzyków, zapewne ich dowódca, uderzył Kornelię kolanem w biodro.
Przysunęła nogę pod brzuch i się podniosła. Zwróciła się w kierunku agresora, miała rację, to dowódca grupy. Od innych żołnierzy odróżniała go czerwona przepaska na ramieniu. Uniosła ręce w geście kapitulacji. Latarki świeciły mocno, więc zmrużyła oczy. Wzięła kilka szybkich oddechów i obejrzała się przez ramię. Mimo otrzymanych ran z jej obliczeń wynikało, że pokona ich w ciągu dwudziestu kilku sekund.
- Nie kombinuj – powiedział dowódca. Podszedł bliżej i przystawił lufę do odsłoniętego dekoltu Kory.
- Jakim sposobem mnie tu zagoniliście?
- Prostym. – Zaświeciły białe zęby przedwcześnie triumfującego Adama, którego imię poznała dzięki naszywce na kamizelce kuloodpornej. – Echo błyskawicznie roznosi się po tym opustoszałym labiryncie. Podstawiliśmy dyktafon i tak trafiłaś wprost na nas. Wystarczyło tylko cierpliwie poczekać.
Westchnęła przeciągle. Lodowata stal karabinu drażniła jej skórę. Adam w końcu zwiększył dystans i bronią rozkazał Kornelii uklęknąć. Z trudem wykonała to polecenie.
- Kornelio Luranc zabawa skończona. Przegrałaś tę rozgrywkę.
- Macie ją?! – Niski chłopak, na pierwszy rzut oka absolwent szkoły średniej, zza dużym kaskiem, rozproszył uwagę towarzyszy.
Kornelia złapała M4 i nim Adam zdążył stawić opór karabinek znalazł się w jej rękach. Podcięła dowódcę i nie czekając, aż dojdzie do siebie ruszyła do ucieczki. Padły pierwsze strzały. Tuż przed osłoną przejechała ślizgiem na kolanach po spękanej podłodze, wygięła się w tył i zestrzeliła jednego z żołnierzy. Błyskawicznie się schowała za murem. Wyrzuciła zbędny karabin. Sięgnęła do kabury przypiętej do paska, w takich starciach wolała korzystać ze swoich zabawek. Sprawdziła magazynek w Glocku i wprowadziła pocisk do komory. Przez chwilę zastanowiła się nad wyciągnięciem drugiego pistoletu, ale wolała pozostawić jedną rękę wolną w razie, gdyby coś ją zaskoczyło.
Pociski żołnierzy uderzały w przeszkodę, wyłamując tynk i rozprzestrzeniając coraz to większe pokłady kurzu wymieszanego z farbą w różnych odcieniach. Kornelia ustabilizowała oddech, odsunęła się delikatnie od ściany, przystawiła pistolet do klatki piersiowej i czekała. Magazynki nie posiadają nieskończonej amunicji.
Huknęły ostatki. Będąc wciąż na klęczkach wychyliła głowę. Cała akcja trwała nanosekundy. Wstała i zadziałała. Umieściła muszkę w jednakowej odległości od krawędzi szczerbinki, ni to za wąsko ni to za wysoko, i nacisnęła spust. Kamizelka kuloodporna wychudzonego żołnierza męczącego się z zaciętą bronią upstrzyła się czerwienią.
- Brać ją! – Adam wydał rozkaz ekipie, liczącej oprócz niego dwie osoby, w tym młodzika zza dużym kaskiem. Przeliczył się, tworząc pięcioosobową grupę.
Luranc zniknęła za zasłoną, odbiegła od niej kawałek w linii prostej i zawróciła. Podrzuciła broń, a później z rozpędu wykonała kolejny idealny Pop Vault. Zanim dwójka żołnierzy minęła przeszkodę, Kora była już u góry, złapała broń i zrobiła salto w powietrzu. W trakcie wykonywania obrotu oddała trzy szybkie strzały, dwa trafiły w kręgosłup, ostatni w kask.
- Ty suko! – krzyknął dowódca, zapominając o przeznaczeniu tego szkolenia.
Niestety nie zdołał jej namierzyć. Skryła się za plecami płotka zza dużym kaskiem, który od czasu trwania zamieszania, z wyjątkiem opróżnienia magazynku, nie drgnął z miejsca. Wykorzystała jego strach i małe doświadczenie na swoją korzyść.
- Bierzesz zakładnika? – Adam nie ukrywał odrazy, najwidoczniej ta zagrywka nie przypadła mu do gustu.
- Wszystkie chwyty dozwolone – odpowiedziała.
Musiała zakończyć walkę, zanim straci przytomność. Straszliwe bóle mięśni ud ściągały ją ku ziemi. Wiedziała, że adrenalina nie dostarcza wystarczająco dużo sił po dokonanym niedawno połączeniu z ogniem. Potrzebowała snu, albo jedzenia.
- Nie… – bąknął zakładnik. – Nie pozwolę jej uciec.
- Co ty robisz?! – Adam wysunął rękę, jakby próbował uspokoić szczerzącego zęby dobermana, choć w tym przypadku zwracał się raczej do ratlerka.
Młodziak wyciągnął zawleczkę zabezpieczającą w granacie. Kornelia doskonale znała ten dźwięk. Metalowa puszeczka odbiła się od ziemi i poturlała parę metrów.
- Granat! – krzyknął Adam, uciekając za ściankę.
Brakowało czasu na analizę sytuacji. Kornelia, zdruzgotana samobójczym działaniem młodziaka, złapała go za kamizelkę i odciągnęła w tył.
Nastąpił wybuch. Fala jaskrawo-zielonej farby zalała otoczenie. Po tym rozległ się dźwięk alarmu kończącego szkolenie i rozbłysły halogeny rozwieszone na suficie.
- Brawo!!! – Aleksander ruszył do Kornelii, gdy wyszła z hangaru. Energicznie klaskał. – Wszyscy zginęliście! Takiego wyniku się nie spodziewałem!
Kuśtykała, szurając butami o piasek. Z każdym krokiem odnosiła wrażenie, że ktoś ją rozrywa od środka. Przystanęła, aby rozejrzeć się po okolicy i zaczerpnąć tchu na dalszą drogę. Hangar schowano w lesie, który należał do terenu agencji. Przez dosłownie sekundę odczuła radość z pracy dla tej organizacji. Po sekundzie kadr wysokich drzew zasłonił młodziak w zza dużym kasku i radość prysła.
- Fajna zabawa! Dobrze cię załatwiłem, nie? – uśmiechnął się, przyglądając ludziom w białych kitlach biegnących do rannych.
- Zamknij się – stuknęła w jego kask, aby zasłonił mu na oczy. – To popieprzeni samobójcy, wiesz? – wysunęła krwawiącą rękę, mówiąc to do Aleksandra. – Ty wymyśliłeś miotacz ognia? Nie mogłeś mnie ostrzec?
- A co to za zabawa, gdy królik wie, co na niego czyha? – zarechotał, co zabrzmiało, jak bulgotanie wody w czajniku. Potem sięgnął do kieszeni i rzucił w nią czymś prostokątnym wielkości batonika.
- Snickers?!
- Nie jesteś sobą, gdy jesteś głodna – puścił jej oczko. – Zjedź, pozwól się opatrzeć i śmigaj dalej. Nie czas na odpoczynek i twoje gwiazdorzenie. – Znowu się roześmiał.
Kornelia już miała zamiar zwrócić mu uwagę, aby przestał oglądać telewizje, kiedy doszło do niej sedno wypowiedzianego zdania i się powstrzymała.
- Śmigaj dalej? Co znaczy śmigaj dalej?
- Miałaś przekonać kogoś do współpracy, zapomniałaś? Czeka na ciebie w pokoju przesłuchań.
- Cholera! – klepnęła się w czoło zranioną ręką. Syknęła z bólu, pozostawiając na skórze krwawy ślad. Odpoczynek czekał ją dopiero po śmierci.


